LLORET DE MAR

- Osoby zakwaterowane w hotelu Flamingo proszone są o przygotowanie się do wysiadania - spokojny głos pilota rozbudził mnie z drzemki.

- Hotel Flamingo jest także przystankiem końcowym dla osób korzystających wyłącznie z przejazdu - To o nas. Długa, trwająca 30 godzin podróż autobusem dobiegła końca. Jesteśmy w Lloret de Mar, miasteczku składającym się wyłącznie z hoteli, dyskotek, sklepików, barów i restauracji. Na stałe mieszka tu zaledwie 2000 osób, a ilość przyjezdnych jest dziesięciokrotnie większa. W bocznej uliczce wyciągamy rowery z kartonów, składamy je i pakujemy rzeczy. W zasadzie jesteśmy gotowi do drogi, tylko ruszać się jakoś nie chce. Jedziemy jeszcze na plażę, a potem do taniej restauracji. Muszę jeszcze pomyśleć o jakimś nakryciu głowy, słoneczko w Hiszpanii może nieźle dać się we znaki. Zwykle na wyprawach jeździłem w kasku, ale tym razem po prostu o nim zapomniałem. Za namową Wojtka kupuję kapelusz. Wybrałem taki "krowi", biały w czarne plamy. Całkiem dobrze się trzyma, ciekawe jak będzie się sprawować na szybkich zjazdach? Zresztą nie będę jedynym kapelusznikiem, Wojtek też się w niego zaopatrzył.

IMPREZA W SANT HILARI SACALM

Od samego początku droga pnie się w górę. Ledwie mam siły jechać. Mam nadzieję, że to tylko dzisiaj tak się czuję, że jutro już pójdzie lepiej. Szybko opuszczamy ruchliwe szosy i zostajemy zupełnie sami. Jedziemy w ślimaczym tempie przez kilka godzin aż docieramy do Sant Hilari Sacalm, małej mieścinki schowanej w górach. Tam naszą dalszą drogę przegradzają barierki, za którymi kłębi się tłum ludzi. Jakiś policjant nie chce nas przepuścić, ale w końcu daje za wygraną coś gorliwie nam tłumacząc. Żebym tylko wiedział, o co chodzi. Wszędzie pełno straganów i rozbawionych mieszkańców. Wyszli na ulicę chyba wszyscy, i starzy i młodzi. Ani chybi mają jakieś święto. Przeciskamy się między nimi i w końcu mamy pustą drogę na przełęcz. I znowu jakiś policjant nas z niej zgania. Ki diabeł? Nagle ulicą przelatuje jakiś dziwny pojazd, a za nim następny. I jeszcze jeden. Wygląda to jak zjazd na byle czym. Każdy pojazd pełen jest ludzi, którzy polewają siebie i wszystkich dookoła wodą. Na jednym z tych wehikułów jest nawet beczka w wielką, ręczną pompą. Zresztą każdy pojazd jest inny, ale wszystkie poruszają się jedynie siłą grawitacji. Albo siłą mięśni, gdyż dalej są po prostu pchane. Nie wiem, czy był to konkurs na najdziwniejszy pojazd, najszybszy zjazd, czy jeszcze co innego, ale zabawa była przy tym świetna. Gdy już wszystkie pojazdy znalazły się w miasteczku, zaczęła się dyskoteka na ulicy. Ale żeby nie było tak prosto, nad tańczącymi wisiał strasznie podziurawiony, gumowy wąż, z którego na wszystkie strony tryskała woda. Mają fantazję, ci Hiszpanie.