
Następnym celem podróży było Ujue, opiewane w przewodniku jako klejnot Nawary. Droga do niego była kręta i żmudna, a przez cały czas siąpił nam deszcz. Samo miasteczko trochę mnie zawiodło, być może dlatego, że takich osad położonych na szczytach wzgórz widzieliśmy już wiele. Ujue różniło się tylko tym, że było większe i oszpecone wielkim, czerwonym barakiem i wysokim dźwigiem. Za to dalsza droga z Ujue, to był właśnie prawdziwy klejnot. Najpierw wiodła grzbietem płaskiej góry oferując rozległe widoki na wszystkie strony, a potem zaczął się długi i spokojny zjazd. Rower rozpędzał się nie więcej jak do 50 km/h, a zakręty były na tyle łagodne, że nie trzeba było w ogóle hamować. Oczywiście nie spotkaliśmy tam żadnych samochodów.
Na końcu tej wspaniałej drogi stała sobie wieś Murillo el Fruto. Wcale nie chcieliśmy się tam zatrzymywać, lecz ulicę przegrodził nam solidny drewniany płot. Co jest? Co tam się dzieje? Wokół płotu pełno było ludzi, którzy wyraźnie na cos czekali. Nagle wszystko się wyjaśniło. Kilku ubranych na biało młodzieńców przebiegło ulicą skacząc na mury i płoty. Za nimi biegły byki. Fiesta! Trafiliśmy na prawdziwą, hiszpańską fiestę! Takiej gratki nie można przepuścić. Szybko znaleźliśmy dojazd do areny i odstawiliśmy rowery pod mur. Arena nie była taka, jaką ogląda się w telewizji. Po prostu główny plac wioski został ogrodzony płotem z solidnych, drewnianych desek i przysypany warstwą piasku. Wzdłuż jednego boku ustawiono prowizoryczne trybuny. My znaleźliśmy sobie miejsce przy samym płocie, lepszego ciężko by było znaleźć.
Zaczęło się. Na arenę wpuszczono byka, a raczej byczka. Nie bardzo wiedział co ma robić, ale skoro się z nim drażnią, to zaczął ganiać. Nie było krwi, wbijania szpad czy innych włóczni. To była po prostu fantastyczna, wioskowa zabawa. Gdy byczek się zmęczył, wpuszczono innego. Młodzieńcy prowokowali go, biegali, robili uniki, a cała wioska żywo kibicowała. Potrafią się bawić, trzeba im to przyznać. Widowisko miało się chyba zakończyć występem prawdziwego torreadora. Zbierano na niego datki, chodząc z wielka płachtą wokół areny. Potem wypuszczono prawdziwego, dorosłego byka, a potem… błysnęło, zagrzmiało i solidny deszcz rozpędził gawiedź. Widowisko skończone, przynajmniej na dziś. Nam pozostało tylko przeczekać, aż przestanie padać, a potem gdzieś za wioską poszukać noclegu. Zanim znaleźliśmy jakiekolwiek miejsce wolne od kolczastych roślinek lub podmokłych pól, była już ciemna noc. Rozbiliśmy się na niewielkim, kamienistym wzgórzu.
Coś szarpnęło za namiot. Obudziłem się gwałtownie. Na naszym wzgórzu szalał wiatr. Kolejne uderzenie. Rurki namiotu gną się do wewnątrz. Czy wytrzymają? Rozbiłem się na kamieniach, nie było jak wbić szpilek, więc jedyne co trzyma namiot, to kilka kamieni położonych na kołnierze śnieżne. Czy to wystarczy? Wiatr hula wokół namiotu. Podłoga faluje, a wiec dostał się i tam. Rozkładam w rogach ciężkie sakwy. Może go przytrzymają? Wiatr cisnął w namiot kroplami deszczu. Tego tylko brakowało. Wydaje się jednak, że namiot mimo wszystko wytrzyma nawałnicę. Choć gnie się strasznie, to nic nie pęka i nic się nie drze. Dobry, stary namiocik. Mogę na nim polegać.
Świt nie przyniósł zmiany, nadal wiało. Wiatr był tak silny, że nawet podczas zjazdu trzeba było pedałować, by w ogóle jechać. Na podjazdach czasem bezpieczniej było zsiąść z roweru i iść pieszo, by nagły podmuch nie zepchnął na środek ulicy. W takich właśnie warunkach wjechaliśmy do regionu La Rioja, słynącej ze swych winnic i wina. Krajobraz drastycznie się zmienił, zniknęły gdzieś wysokie góry i drogi wspinające się serpentynami na przełęcze. Zniknęły też kamienne, średniowieczne wioski. Zamiast tego zaczęły mnożyć się bezkresne plantacje białych i czerwonych winogron. Winogrona stały się naszym głównym posiłkiem. Były dojrzałe i słodkie, jedliśmy je garściami, a potem leżeliśmy oparci o rowery nie mogąc się ruszyć. Prawdziwa sielanka. Następne dni przyniosły też upragnioną zmianę pogody, wiatr przegnał deszczowe chmury, a nad nami zagościło słońce, tym razem już na dobre.