SIERRA DE LA DEMANDA

Prawdziwa perełka czekała na nas dwunastego dnia podróży, na drodze ciągnącej się wzdłuż rzeki Leza. Zupełnie niespodziewanie otworzyła się przed nami głęboka dolina, a droga trawersowała jej zbocze to wznosząc się, to opadając. Dolina była zamieszkana, co kilka kilometrów pojawiały się małe wioski. Rozłożyły się gdzieś w dole, nad samą rzeką, albo dla odmiany wisiały nad urwiskiem, wysoko nad nami. Spotkaliśmy też malownicze ruiny średniowiecznego klasztoru San Prudencio. Największą atrakcją były jednak orły. Zamieszkują całą dolinę, ale w jej głębi, w najdzikszej części jest ich po prostu pełno. Szybowały wszędzie, czasem nad głowami, czasem pod stopami, poniżej krawędzi urwiska. Pojawiały się znienacka i znikały gdzieś między skałami. Po przeciwnej stronie doliny miały swoje gniazda. Można było je dostrzec i nawet usłyszeć piski. Czyżby we wrześniu były jeszcze w gniazdach młode? Gdy dolina zaczęła robić się płytsza, opuściliśmy ją wspinając się na przełęcz La Rasa, by po jej drugiej stronie po raz pierwszy na tej wyprawie rozpędzić się do prędkości ponad 70 km/h.

Wjechaliśmy w Sierra de la Demanda, góry nieco zapomniane i rzadko odwiedzane. Przez przełęcz Hincado przedostaliśmy się do doliny rzeki Najerrilla. Wybudowano na niej dwie zapory wodne, które w równym stopniu szpeciły okolicę, co ją urozmaicały. Jedno z zaporowych jezior stało się dla nas okazją to kąpieli. Nawet nie zdawaliśmy sobie sprawy, że od tego miejsca aż do Andaluzji nie spotkamy żadnej wody na tyle dużej, by można się było w niej zanurzyć. Nawet tutaj, w tym jeziorze wody nie było za wiele. Choć zajmowało spory obszar, to jego poziom był tak niski, że odsłonił pozostałości kamiennej wioski, która została zalana po wybudowaniu zapory. Widok wystających nad powierzchnię ścian kościoła i domów na długo pozostanie mi w pamięci.

Przejazd przez te góry zakończył się niezbyt pomyślnie. Zrobiliśmy sobie postój na posiłek. Miejsce było piękne, nad strumieniem o wdzięcznej nazwie Neila, otoczone murkiem, z piękną trawką i ławkami. To był czyjś teren prywatny, ale i my z niego skorzystaliśmy. Najpierw było spaghetti, a potem postanowiliśmy dopchać się zupkami. I właśnie wtedy Marek strącił na siebie menażkę z gotująca się zupą i dotkliwie się poparzył. Co za pech! Na ręce i nodze wyskoczyły mu bąble. Nie mieliśmy ze sobą żadnych środków na oparzenia, musiała więc wystarczyć zimna, górska woda. Mimo oparzeń Marek zdecydował się jechać dalej. Trzeba było tylko poczekać na zachód słońca, gdyż jego piekące promienie potęgowały ból. To samo słońce, na które przez tyle dni czekaliśmy, teraz, przez kilka dni stanie się naszym utrapieniem. Na szczęście jeszcze tego samego dnia dotarliśmy do jakiejś większej miejscowości, w której była apteka.

JAK Z KÓŁ ZROBIŁEM JAJKA

Drogi w Hiszpanii są dobre, a nawet ośmielę się powiedzieć, że bardzo dobre. Nie ma w nich dziur i ubytków. Szybko się do tego przyzwyczaiłem i przestałem zwracać uwagę na nawierzchnię. A jednak jedna wyrwa była. I czyhała. A ja gnałem w dół ścinając zakręty. Gdy ją zobaczyłem, nie miałem już żadnych szans na reakcję. Wpadłem w nią w głębokim pochyle, pędząc ponad 50 km/h. Szarpnęło rowerem. Jakimś cudem zachowałem równowagę i gwałtownie hamowałem. Wstrząs zerwał z roweru sakwy. Kątem oka widziałem je, jak toczą się po asfalcie i wpadają do rowu. Rower w mgnieniu oka zamienił się w złom. Oba koła zostały pogięte, a na ściankach obręczy wyskoczyły wybrzuszenia. Klocki hamulcowe zostały całkowicie rozerwane. Najważniejsze jednak, że mi nic się nie stało. Rower można przecież naprawić, a poobdzierane sakwy straciły tylko na wyglądzie. Nic się w nich nie urwało.

Przystąpiłem do reanimacji. Musiałem uruchomić przynajmniej jeden hamulec i udało się to zrobić z tylnym. Trochę wyklepałem obręcze i ponaciągałem szprychy. Koła zaczęło się jakoś kręcić. Co prawda nie były to już koła, a jajka, ale podskakując rytmicznie mogłem powoli toczyć się dalej. Miałem nadzieję, że w El Burgo uda mi się kupić nowe. Niestety nie udało się. Straciliśmy tylko czas czekając aż skończy się sjesta i pootwierają sklepy. Chociaż prawdę mówiąc ten czas nie był taki do końca stracony. Nikt z nas nie spodziewał się, że El Burgo będzie tak uroczym miasteczkiem. Szczególnie podobały mi się stare kamienice z podcieniami.

Następną nadzieją na naprawę roweru była dopiero Segovia. Było do niej jeszcze ponad 100 km, a nastał właśnie piątek wieczór. Jak nie dojadę tam w sobotę, to potem będziemy musieli koczować do poniedziałku. Decyzja zapadła, jedziemy przez noc, by jutro z samego rana zjawić się w mieście. Łatwo powiedzieć, trudniej wykonać. Wojtek wyjechał wcześniej, wierząc, że i tak dogonimy go w trasie, a ja z Markiem dopiero jakąś godzinę później, gdy już się ściemniało. Nie dało się moim rowerem rozwinąć jakiejś większej prędkości, więc telepaliśmy się powoli. Na dodatek od ciągłych wstrząsów pękł mi przedni bagażnik. Co za badziew. Nigdy więcej nie kupię bagażników Topeak'a. Robiło się coraz zimniej i sił tez ubywało. Ciągnęliśmy aż do piątej rano. Gdzieś po drodze pobłądziliśmy i rozminęliśmy się z Wojtkiem. Poszedł spać trochę wcześniej od nas i w ten sposób wyprzedziliśmy go. Zostały nam najwyżej trzy godziny snu, więc rozłożyliśmy się tam, gdzie padliśmy, bez namiotu, w wilgotnej trawie.

Do Segovii wjechaliśmy tak, jak planowaliśmy, w sobotę przed południem. Nie było trudności ze znalezieniem sklepu rowerowego. Okazał się nawet nieźle zaopatrzony. Wydałem w nim fortunę, ale udało mi się kupić wszystko, co chciałem. Przednie koło zostało przeplecione, mam więc wciąż piastę z dynamem. Tylne musiałem kupić całkiem nowe, gdyż nie mieli luźnej obręczy, która by mnie zadowoliła. Było to kółko szosowe, ale po wymianie ośki na dłuższą, dało się zamontować w mojej krekingowej ramie. Efektem ubocznym było przesunięcie koła w bok, a więc od tej pory jechałem dwuśladem. W sklepie proponowali mi, że mogą koło przepleść, ale miałem już dość. Grunt, że się kręci. Przeplatać będę w domu.

Dopiero teraz, gdy rower został naprawiony mogłem pomyśleć o Segovii. Powiem jedno: to jest cudowne miasteczko. Główną atrakcją jest rzymski akwedukt, istne arcydzieło sztuki budowlanej. Stoi tam od dwóch tysięcy lat, a przecież granitowe bloki, z jakich go wzniesiono nie są połączone żadną zaprawą! Krętymi uliczkami można się dostać do kilku innych, ciekawych miejsc, jak choćby wielkiej, gotyckiej katedry. Akurat wewnątrz była wystawa rzeźb i obrazów związanych z ukrzyżowaniem Chrystusa, więc na wejście trzeba było czekać w długiej kolejce. Ale i tak było warto. W ogóle tłum turystów przewalających się przez miasto jakoś mi nie przeszkadzał. Może dlatego, że przez wiele ostatnich dni delektowaliśmy się samotnością? Kręciliśmy się po mieście aż do wieczora, kiedy to trzeba było w końcu je opuścić, by znaleźć jakiś nocleg