CZĘŚĆ PIERWSZA - SŁOWENIA

Ciągnęło mnie do Słowenii głównie z jednego powodu: chciałem zobaczyć Alpy Julijskie. Na nich zresztą kończyła się moja wiedza o tym kraju. Początkowo chciałem je po prostu okrążyć, startując z Włoch albo z Austrii. Podróż rozpoczęliśmy jednak w Ljubljanie, czyli już za tymi górami. Byłoby najprościej, gdybyśmy pojechali stąd na południe, omijając ten skrawek Alp, ale nie chciałem odpuścić. Być tak blisko i tam nie zajrzeć? O, nie, nie mogłem na to pozwolić. Wyruszyliśmy więc na północ, w stronę Alp. Jakoś udało się ominąć ruchliwą, główną drogę, więc już od samego początku wyprawy zaczęło być sielankowo. Od początku było też malowniczo. Pięknie wyglądało małe miasteczko Skofia Loka, z górującym nad nim zamkiem. Pięknie wyglądały też okoliczne góry, miedzy którymi jechaliśmy. Niemal na każdym poważniejszym szczycie dostrzec można było bryłę kościoła. U nas stawia się krzyże, tam, jak widać, idą na całość. Droga wiła się coraz bardziej, mijaliśmy ciasne wioski, w których domy stały tak blisko siebie, że miejsca starczało najwyżej na jeden samochód. W jednej z wiosek dogonił nas turystyczny autobus i w ślimaczym tempie zaczął się przeciskać między ścianami. Miał ledwie po kilkanaście centymetrów luzu z każdej strony. Takie drogi to ideał dla rowerzystów, nie dla autobusów. Wciąż jechaliśmy dalej i wyżej. Zaczął się pierwszy poważny podjazd. Znak informował, że to 16% i chyba można mu wierzyć. Naprawdę było ciężko. Zupełnie nic tamtędy nie jeździło, tzn. nie jeździły tamtędy żadne samochody, bo zaczęliśmy spotykać... sakwiarzy! Najpierw, pod wieczór wyprzedził nas jakiś samotnik, ale następnego dnia zaczęli pojawiać się częściej. Jechali pojedynczo lub dwójkami. Trafiła się nawet para na tandemie. Widać, nie tylko my uznaliśmy tę drogę za najlepszą. Zdobyliśmy przełęcz Bohińską i zjechaliśmy do doliny Bohinj, w samo serce Alp Julijskich.

Dolina Bohinj wdziera się głęboko w góry. Początkowo szeroka, bardzo szybko się zwęża, by na swoim końcu pokazać piękne, polodowcowe jezioro. Można popływać po nim łódką, można przespać się nad samym brzegiem na campingu, ale można też pojechać dalej, wzdłuż jeziora, i tę wersję wybraliśmy. Droga kończy się na parkingu, między restauracjami, dalej trzeba iść już pieszo. Betonowy chodnik doprowadza jeszcze do Wodospadu Slavica. Staliśmy przez chwilę na tarasie podziwiając tę 80. metrową kaskadę. Niżej, nad samą wodę zejść nie można. Kiedyś była tam ścieżka, ale została skutecznie zamknięta. Teraz patrzeć można tylko przez kraty. Szkoda.

To by było na tyle, jeśli chodzi o Alpy. Trzeba wracać. Możemy jeszcze z daleka popatrzeć na masyw Triglawa i to już wszystko. Gdzieś tam, wysoko w górze leży urocza dolina jezior Triglawskich, ale rowerami tam nie dotrzemy. Trzeba będzie w końcu zacząć łączyć jazdę rowerem z łażeniem pieszo. Może kiedyś, przy okazji innej wyprawy? Tym razem zostawiliśmy Triglawa za sobą i zawróciliśmy. Znów pokonaliśmy przełęcz Bohińską spotykając kolejnych sakwiarzy i ruszyliśmy dalej, ku następnym atrakcjom.

Nie wszystkie drogi w Słowenii są asfaltowe. Przekonaliśmy się o tym już trzeciego dnia, na drodze do Cepowan. Asfalt skończył się zupełnie niespodziewanie, prawie na samym początku podjazdu. Pozostał tylko walcowany szuter. Bardzo często na wierzchu leżała warstwa luźnych kamyczków, wiec nie było prosto przebić się przez cos takiego obładowanym rowerem. W Cepowan na chwilę znów pojawił się asfalt, a potem znów go zabrakło. Jechaliśmy przez góry trochę podobne do naszych Beskidów. Były pokryte gęstym lasem, który rozdzielały widokowe hale. Minęliśmy kilka zagubionych wśród gór wiosek, cały czas walcząc z drogą, która usuwała nam się spod kół. W taki sposób pokonaliśmy kilkadziesiąt kilometrów. Dobrze, że nie było tego więcej, bo nasze tempo jazdy nie było wiele większe od idącego pieszego.

Dotarliśmy do Predjamskiego zamku. Każdy przewodnik i każda publikacja o Słowenii musi być opatrzona jego zdjęciem. Jest piękny i niezwykły. Wzniesiono go u wylotu obszernej jaskini, której liczne rozgałęzienia do dzisiaj nie są w pełni zbadane. Część korytarzy tej jaskini była używana jako zamkowe pomieszczenia. Całość oczywiście można zwiedzić, a w kasie dają nawet polskojęzyczny folder.

Z zamku jest już niedaleko do Postojańskiej Jamy, więc i tam pojechaliśmy. Nie można jej ominąć nie zauważając. Wielkie reklamy precyzyjnie kierują na parking mogący pomieścić pewnie z kilka tysięcy samochodów. Następnie dotarliśmy do kasy i wpadłem w osłupienie. Za zwiedzanie żądają 3490 SIT, czyli z 15 EURO. W życiu nie dałem takiej kwoty za zwiedzenie czegokolwiek. W Rumunii ta suma wystarczyła na życie dla dwóch osób przez trzy dni, a tu tyle ma kosztować godzina łażenia po jaskini? Żeby było ciekawiej, to aktualizowany rok wcześniej przewodnik podawał cenę prawie o połowę niższą. Nie wiem, co mnie podkusiło, ale zapłaciłem i wszedłem.

Pierwszy etap zwiedzania to przejazd kolejką elektryczną w głąb jaskini. Jak ktoś lubi tunele strachu, diabelskie kolejki i inne atrakcje wesołych miasteczek, to będzie zachwycony. Przynajmniej gawiedź siedząca w wagonikach przede mną była. Piszczeli i cykali fotki na oślep, bo i tak nic się nie dało obejrzeć. Kolejka sunęła z taką prędkością, że o zwiedzaniu nie było nawet mowy. Wyciągnąłem z kieszeni bilet i jeszcze raz mu się przyjrzałem. Na nim naprawdę było napisane: "ogled jame z vlakom". Po dojechaniu do końca zostaliśmy podzieleni na kilka różnojęzycznych grup i ruszyliśmy na krótki spacerek przez ogromne hale pełne stalagmitów, stalaktytów i innych form naciekowych. Były piękne, nie da się ukryć, ale żeby za bardzo się tym nie zachwycić, to wybetonowano wszystko, co tylko się dało, a przewodnik przeganiał z miejsca na miejsce i zabraniał fotografować. Nie czułem się tam jak w naturalnej jaskini, tylko jak w sztucznie wykonanej grocie spreparowanej pod potrzeby turystów. Dziękuję za takie zwiedzanie. Trzeba nam było pojechać do innej, która nie jest największa lub najpiękniejsza ale za to nie została przebudowana na lunapark.