Planując podróż do Bośni jedna rzecz nie dawała nam spokoju: miny. Podczas wojny niemal cały kraj został zaminowany i do dziś te miny tkwią w ziemi. Większość pól minowych została już zinwentaryzowana i oznaczona, ale na rozminowanie wciąż brakuje pieniędzy. Władze cieszą się, że wypadki z minami zostały zredukowane z kilku tysięcy do kilkudziesięciu w ciągu roku. Marna to pociecha. Gdzieś w internecie wyszperaliśmy mapę terenów zaminowanych. Wyglądała strasznie. Jak tam w ogóle można normalnie żyć? Jak my damy radę się tam poruszać? Dziwnym trafem żaden z nas tej mapy nie wydrukował i nie zabrał z sobą. Może to i dobrze, przynajmniej nas nie stresowała.
Przejście graniczne między Chorwacją a Bośnią stanowiło kilka blaszanych baraków ustawionych w wyrwie między pasem min. Ruch panował tam znikomy. Celnicy nie za bardzo wiedzieli co mają z nami zrobić, zabrali paszporty i zamknęli się w baraku na długi czas. Co chwilę wołali do siebie następnego urzędasa. Na koniec zabrali jeszcze moje prawo jazdy, by wreszcie uznać, że możemy wjechać do ich państwa. Otrzymują ode mnie gorące, wirtualne podziękowania za podjęcie słusznej decyzji.
Trasę przez Bośnię wytyczyliśmy główną drogą. Trochę ze strachu przed minami na bocznych traktach, ale także dlatego, że prawie nic tamtędy nie jeździło. Dobra, wygodna droga i żadnego ruchu na niej. Jechaliśmy szeroką doliną wśród niewysokich gór. Na ich szczytach widać było nagie połoniny. Jakoś ten rejon bardzo kojarzył mi się z naszymi Bieszczadami. Mało tego, czułem się tak, jakbym cofnął się w czasie. To były Bieszczady takie, o jakich moje pokolenie dużo słyszało, a nigdy nie mogło zobaczyć. Mijaliśmy tylko ruiny domów i rozległe łąki. Żywej duszy tam nie było. Pobocza raz po raz obstawione były tabliczkami z trupią czaszką. Jakoś wyjątkowo szybko się z nimi oswoiliśmy i przestały robić na nas wrażenie. Wystarczy nie włazić tam, gdzie widać, że nikt od dawna nie łaził i można czuć się bezpiecznie.

Dopiero następnego dnia zaczęły pojawiać się wioski. Wszystkie wyglądały tak samo: wśród gąszczu ruin wyrastały nowe, nie otynkowane domy. Dojechaliśmy też do kilku miasteczek. Osobliwe było Jajce. Obrastało całą górę po przeciwnej stronie głębokiej rozpadliny. Na jego szczycie znajdowały się ruiny zamku. Miasteczko wyglądało fajnie, ale nie wjechaliśmy do niego. Całe tonęło w duszącym dymie. Sprawcą tej wątpliwej atrakcji była leżąca nieopodal huta. Jak można było coś takiego wybudować w głębokiej dolinie? Przecież ten dym chyba nigdy się z niej nie wydostaje. Mogę tylko współczuć mieszkańcom.
Mieliśmy dylemat: jechać przez Sarajewo, czy przez Mostar. Prawdę mówiąc nic o tych miastach nie wiedzieliśmy. Mnie tam bardziej ciągnęło Sarajewo, właściwie nie wiem dlaczego. Ostatecznie i tak stanęło na Mostarze. Koronnym argumentem był kanion Neretvy, przez który mieliśmy przejechać. Zjechaliśmy do niego zaraz za Jablanicą. Droga sprowadziła nas nad samą rzekę, a właściwie nad taflę zaporowego jeziora. Zrobiło się naprawdę pięknie. Jechaliśmy wykutą w skale półką raz po raz przedzierając się przez krótkie tunele. Powyżej, w skałach prowadziła także linia kolejowa, ale ta rzadko wychylała się z tuneli. Urok kanionu nie trwał długo. Po kilku kilometrach ściany się nieco rozstąpiły, a od wody odgrodził nas pas krzaków.
Za to tunele pokonywaliśmy aż do końca wąwozu. Większość była krótkich, ale trafiały się też takie po kilkaset metrów. W żadnym nie było oświetlenia, albo choćby odblasków przy ścianach, a jeśli dodamy do tego fakt, że potrafiły skręcić w połowie, to jazda nimi stawała się niezwykle ciekawa. Mieliśmy z sobą tylko oświetlenie diodowe, więc zanim wzrok przyzwyczaił się z blasku słońca do mizernej poświaty diod, minęło sporo czasu, podczas którego nie widzieliśmy nic. Pamiętam taki tunel, w który wjechałem tuż przed ciężarówką. Miałem nadzieję, że jak ona zapali światła, to i ja będę wszystko widział. Tymczasem to bydle z tyłu warczało coraz bliżej, a świateł nie zapalało. Bałem się zatrzymać, bałem się jechać. Nie wiedziałem, czy ciągle jeszcze trzymam się swojego pasa. Dopiero w chwili, gdy ciężarówka zrównała się ze mną błysnęły w końcu światła. Albo inny tunel. Wjechałem pierwszy, a tuż za mną Roman. Znów nic nie widziałem, ale gdzieś, daleko przed nami pojawiła się plamka światła. To wylot. Wpatrywałem się w niego i starałem jechać tak, by ciągle mieć go idealnie przed sobą. Nagle słyszę rumor za sobą. To Roman otarł się o lewą ścianę tunelu, a przecież trzymał się dokładnie mojej tylnej lampki. Tamtych tuneli długo nie zapomnę.

Mostar leży w szerokiej, płaskiej dolinie, którą otaczają suche góry. Jedyne, z czym mi się dotąd kojarzył, to telewizyjne migawki o ciężkich walkach i bombardowaniach. To było dziesięć lat temu, a jednak wciąż to pamiętam. Nie myślałem o szukaniu tu zabytków, po prostu wjechaliśmy do Mostaru, bo stanął na naszej drodze.
Szybko trafiliśmy do centrum. Zupełne zaskoczenie, tłum ludzi, tłum samochodów i... piękna starówka! Największy zabytek tego miasta, Stary Most z XVI wieku legł w gruzach podczas wojny, a mimo to widzieliśmy go, jak majestatycznym łukiem spinał oba brzegi Neretvy. Jak się okazało, odbudowę zakończono zaledwie dwa miesiące przed naszym przyjazdem. Jacyś śmiałkowie skakali z mostu do wody zbierając od turystów datki za to widowisko. A było od kogo zbierać, bo turystów kręciło się tam sporo. To jedyne tak tłumnie odwiedzane miejsce w całej Bośni i Hercegowinie jakie widzieliśmy.
Muszę też wspomnieć o ruinach, bo tych w Mostarze nadal jest pełno. Stoją wszędzie, przy głównych ulicach i bocznych zaułkach. Straszą wypalonymi oknami i mozaiką odprysków od kul na ścianach. Stoją od lat nie remontowane i zapomniane. Na ścianach zaczynają już wyrastać młode drzewka kontynuując dzieło zniszczenia. Na odbudowę zabytkowej starówki kasę wyłożył świat, na odbudowę reszty miasta nikt nie chce kasy wyłożyć, więc pewnie jeszcze przez wiele lat Mostar będzie przypominał trwałą ruinę.

Kilkanaście kilometrów za Mostarem jest jeszcze jedno interesujące miejsce, maleńka wioska Blagaj. Rozłożyła się pod potężną skalną ścianą, spod której wypływa rzeka Buna. To jedno z największych wywierzysk w Europie. W XVI wieku między wodę a skałę wciśnięto tekiję - mały muzułmański klasztor. Budynek stoi tam do dziś i jest jednym z najstarszych zachowanych budowli tego typu. Mimo atrakcyjności miejsca i bliskości tłumnego Mostaru, tutaj prawie nikt nie zagląda.
Do Blagaj prowadzi tylko jedna droga, ale nie lubię się cofać. Na mapie wypatrzyłem inną, biegnącą na przełęcz Grebak, gdzie miała łączyć się z główną drogą z Mostaru. Postanowiliśmy ją odnaleźć. Nie szło łatwo. Asfalt się skończył, zaczął piasek. Tubylcy jednak dodawali nam wiary wskazując kierunek i zapewniając, że dobrze jedziemy. Jedziemy, to za dużo powiedziane. My po prostu pchaliśmy rowery przeciskając się między krzakami i głazami. Zauważyły nas wioskowe dzieci i przybiegły tłumnie. Ochoczo zabrały się do pomocy. Pchały te ciężkie rowery razem z nami, próbowały nawet na nich jechać, ale z mizernym skutkiem. W końcu wypchały nas daleko za wioskę i musiały wracać. W nagrodę dostały czekoladę, choć któreś wspominało nawet o euro.
Zostaliśmy sami wśród kolczastych krzaków na drodze, która przypominała kamieniołom. Mam wrażenie, że tę drogę budowali Rzymianie i od czasów rzymskich nikt nią nie jeździł. Ambicja nie pozwalała nam już zawrócić, więc mordowaliśmy się okrutnie. Gdzieś na szczytach, po prawej stronie wyłoniły się malownicze ruiny zamku Scepan, ale nas bardziej interesowała biegnąca przeciwległym zboczem droga. Wyglądało, jakby to była "nasza" droga, która dotarła do końca doliny i zawróciła. Może zamiast pokonywać te skalne progi lepiej pójść na skróty? Jakoś te rowery po zboczu wciągniemy. Jak pomyśleliśmy, tak zrobiliśmy. Ależ to była mordęga. Dwa kroki w górę i szarpanie roweru za sobą, ciągła walka, by nie zsunął się niżej, litry potu i poobdzierana o kolce skóra. Nie zważam już na spływającą mi po nogach krew, najważniejsze że jeszcze kawałek i osiągnę cel. Daliśmy radę. Wyczerpani ponad miarę przedostaliśmy się na drugą stronę doliny. Tego dnia już dalej nie pojechaliśmy. Mieliśmy dość.
Do tej pory pogoda nam dopisywała, ale teraz zaczęło się to zmieniać. Dogoniła nas jesień racząc zimnym powietrzem i przelotnymi deszczami. Ciągnęliśmy dalej przez Hercegowinę, ale najładniejsze miejsca mieliśmy już za sobą. Ciekawie mógł wyglądać jeszcze masyw Maglica, ale akurat schował się pod czapą chmur. Nie pozostało nam nic innego, jak kierować się do przejścia granicznego z Czarnogórą. By do niego dojechać, musieliśmy nieźle nadłożyć drogi, gdyż nie było jak się przedostać przez rzekę Drinę. Trzeba było pojechać lewym brzegiem aż do Foca, by potem wrócić drugim brzegiem nad granicę. Niezwykle ciekawa była to droga, na mapie oznaczono ją jako międzynarodową, ale biada TIR-om, które tam się zapuszczą. Była tak wąska, że dwa osobowe samochody mijały się z ledwością, a do tego strasznie dziurawa, kręta i z drewnianymi kładkami udającymi mosty. Za to dla nas, rowerzystów była jak z bajki.