- Robert, chodź szybko! - w głosie Romana było coś, co kazało mi się nie zastanawiać, tylko przyjść.
- Zobacz! - Zobaczyłem. Coś leżało na ziemi, jakiś śmieć, jakich pełno było dookoła. Wyglądało to jak czarny, zbutwiały i zmięty liść. Nagle liść rozwinął się i zaczął uciekać. Spojrzałem na Romana z niedowierzaniem. Skorpion! To był autentyczny, żywy skorpion! Roman znalazł go w namiocie, na swojej karimacie. W pierwszej chwili chciał strzepnąć go ręką, ale w porę zorientował się, że to nie jest zwykły śmieć. Wywalił go przed namiot.
- Zaraz, zaraz, gdzie uciekasz? Bez zdjęcia się nie wywiniesz! - Trąciłem go kijem. Skorpion znów zwinął się w kłębek i udawał, że go nie ma. W takiej postaci rzeczywiście niewiele różnił się od liścia. Ciekawe kiedy wlazł nam do namiotu? Chyba nocy z nim nie spędziliśmy? Wyszły na jaw braki w edukacji. Nawet nie miałem pojęcia, że tu, na Bałkanach żyją skorpiony. Tymczasem okazuje się, że jest tam ich nawet kilka gatunków. Naszego skorpiona jeszcze trochę pomęczyliśmy starając się zrobić mu jak najlepsze zdjęcie, a potem puściliśmy wolno. Tym niecodziennym spotkaniem przywitała na Czarnogóra, kolejne państwo na naszej trasie.
Jechaliśmy przez kanion Pivy. Droga wdarła się najpierw wysoko w zbocze, a potem powoli opadała w dół. Widoków prawie nie było, gdyż cały kanion tonął w chmurach. Miałem nadzieję, że się podniosą, ale szło im to bardzo opornie. A jednak im dalej jechaliśmy, tym ciekawiej się robiło. Zaczęły pojawiać się tunele, a potem nagle wyłonił się most. Z daleka wyglądał jak cienka beleczka, która wpadła w wąwóz i zakleszczyła się między ścianami. Miał tylko jedno, długie przęsło, bez dodatkowych podpór czy wymyślnych kratownic. U jego obu końców znajdowały się tunele.
Od tego miejsca tunele zaczęły się mnożyć. Wyglądały dokładnie tak samo, jak te w kanionie Neretvy. Żadnego oświetlenia, żadnych odblasków. Oniemiałem już zupełnie, gdy w jednym z nich pojawiło się skrzyżowanie!

Kocham góry. Kiedyś chodziłem po górach pieszo, teraz jeżdżę przez góry rowerem. Im bardziej boczna droga i im bardziej po górach się kręci, tym chętniej nią jadę. Przejazd przez Durmitor wymyślił Roman, ja nawet nie wiedziałem, że takie góry istnieją. Dziś jestem szczęśliwy, że właśnie tamtędy pojechaliśmy. Zaczęło się od podjazdu z kanionu Pivy na Pivską Planinę. Droga wyłoniła się nagle, wykutym w skale krótkim tunelem. Potem mozolnie wspinała się do góry. Niemal każda serpentyna zawracała w tunelu, a po wyjeździe z każdego widoki były coraz piękniejsze. Wcale nie posuwaliśmy się do przodu. Wciąż byliśmy w tym samym miejscu, tylko z każdym metrem coraz wyżej. Tafla zaporowego jeziora oddalała się coraz bardziej, a z nad przeciwnej krawędzi wąwozu wyłoniła się góra Maglic, najwyższy szczyt Bośni i Hercegowiny. Cudnie wyglądał z tej strony. Końcówka podjazdu wiodła w dolinie, wśród mieniących się różnymi odcieniami czerwieni drzew, aż w końcu pojawiła się maleńka wioska Trsa, w której niczego nie było, prócz obskurnego baru z piwem.
Asfaltowa ścieżyna prowadziła dalej. Kręciła się po trawiastych halach ciągnąc w stronę rysujących się coraz wyraźniej gór. Mieliśmy zamiar jeszcze tego samego dnia pokonać cały Durmitor, gdyż nie jest to zbyt duże pasmo górskie, ale pogoda miała dla nas inne plany. Nie wiem skąd, ale nagle wyłoniła się ciemna chmura, z której snuły się pasma deszczu, a do tego groźnie sobie pomrukiwała. Obserwowaliśmy to zjawisko, wciąż mając nadzieję, że ominie nas prysznic. Niestety, chmura kręciła się nad halami, aż w końcu nas dopadła. Błyskawicznie postawiłem namiot. Miał to być chwilowy dach nad głową, a przypadkiem stał się naszym noclegiem. Dopiero w nocy przestało padać i dopiero rano wyszedłem na zewnątrz. To, co zobaczyłem, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Wszystko, co wczoraj przejechaliśmy, tonęło we mgle. Cała dolina Pivy, cała Pivska Planina, wszystko co było pod nami schowało się w mlecznej zasłonie. Byliśmy jak na wyspie, którą otaczają spienione grzywacze i tylko daleko, na horyzoncie rysowała się sylwetka innej wyspy, majestatycznego Maglica.

Durmitor jest jednym z najwyższych pasm gór Dynarskich. Jego poszarpane szczyty wyglądają bardzo posępnie i jałowo. Nie często można takie góry zobaczyć z pozycji obładowanego roweru. Tym razem było to możliwe dzięki szutrowej drodze, która przecina cały masyw. Mimo, iż wiedzie ona przez park narodowy, jest nadal otwarta dla ruchu samochodowego. Niewielu jest śmiałków, którzy ją pokonują. Jak stwierdzili spotkani po drodze Polacy, jeżdżą nią wyłącznie tubylcy i... Polacy właśnie. Dla rowerzysty nie jest to jakiś niezwykle trudny szlak. Jedyną niedogodnością jest nawierzchnia, ale jeśli nie potniemy opon o ostre kamienie, to można śmiało jechać. Punktem kulminacyjnym jest przełęcz Sedlo, za którą jest już tylko długi zjazd do Zabljaka.
Durmitor schował się za horyzontem, a my zjechaliśmy do wąwozu Tary. Wiele źródeł podaje, że jest to najgłębszy kanion w Europie, a czasem spotkać się można z opinią, że drugi na świecie. Jego ściany mają mieć ponad 2 km wysokości. Ciekawe w którym miejscu jest on tak olbrzymi? Na pewno nie przy słynnym moście nad rzeką Tara, ani dalej na południe, w dół biegu. Ot, kanion, jak kanion. Widoków nie ma żadnych, bo droga, choć wcięta w zbocze, dodatkowo osłonięta jest gęsta roślinnością. Jechało się za to bardzo przyjemnie, bo nawierzchnia jest dobra, a ruch samochodowy praktycznie nie istnieje.
Kanionem Tary dojechaliśmy do Mojkovac. Nasza dalsza trasa miała biec dalej na południowy wschód, by przez Kosowo dotrzeć do Albanii. Roman przeliczył dni, które nam zostały do końca pobytu i uznał, że dalej nie jedzie. Woli wracać nad morze, by zakosztować trochę kąpieli i nurkowania. Jak to tak? Być u progu takich miejsc i je sobie odpuścić? Do Romana nic nie docierało. Twierdził, że tam nic nie ma, więc nie ma po co jechać. Nie mogłem w to uwierzyć. Przecież po to jeżdżę po tych Bałkanach, by takie miejsca odwiedzać, a nie po to, by pluskać się w morzu. Nie chciałem kłótni, nie chciałem rozstania, więc dałem za wygraną. W końcu to nie ja tym razem wymyśliłem tę podróż. Spór został zażegnany, ale żal pozostał. Może kiedyś, innym razem, z kim innym...

Wbiliśmy się w główną drogę prowadzącą do Podgoricy, stolicy Czarnogóry. W obydwie strony ciągnął nią nieprzerwany sznur samochodów, z ciężarówkami na czele. Na kilka godzin udało się z niej odbić, jadąc malowniczymi dolinami przez Matesevo i Han Garaucica, lecz ostatecznie i tak powróciliśmy w nurt samochodów. Sama Podgorica nie wyglądała zbyt ciekawie, więc nie było po co się tam zatrzymywać. Dalsza droga do jeziora Szkoderskiego również była zatłoczona i mało interesująca, dopiero przejazd przez masyw Rumija dostarczył trochę emocji. Po jego drugiej stronie znów ujrzeliśmy Adriatyk. Nagle zrobiło się ciepło, sucho i duszno. Liściaste lasy, malowane przez nadchodzącą jesień, też zostały za nami. Znów byliśmy w krainie wiecznej zieleni.
Zatrzymaliśmy się w małej miejscowości Sveti Stefan. Jego ozdobą jest stare, średniowieczne miasteczko zbudowane na skalistej wyspie połączonej ze stałym lądem groblą. Z zewnątrz wyglądało imponująco, nic więc dziwnego, że ciągnęło mnie, by go zwiedzić. Nawet cena 6 EURO nie wydawała mi się zaporowa. Niestety, zawiodłem się strasznie. W połowie ubiegłego wieku miasteczko zostało w całości zamienione na hotel i przebudowane pod kątem hotelu. Owszem, jest ładne, przynajmniej w części, ale nie jest to już miasto. Atmosferę hotelu czuć na każdym kroku. Wszędzie widać tylko parasole i leżaki, nie ma tu natomiast żadnego życia. Wydałem 6 EURO, żeby zobaczyć hotel.
Zaczęła się sielanka i leniuchowanie. Tego dnia nie wyjechaliśmy już dalej. Wynajęliśmy sobie kwaterkę. Skusiła nas cena, bo 10 EURO za klimatyzowany pokój z łazienką jest chyba uczciwą propozycją. Cały wieczór przesiedzieliśmy w restauracjach i na plaży. Woda w morzu była cieplutka i wspaniale relaksowała. Zacząłem czuć się jak na wczasach, a nie wyprawie rowerowej. Pełen luz. Tylko piwo, jakiś deser i znów piwo. Dobrze, że to tylko jeden dzień był taki, bo wypoczywając w ten sposób można zbankrutować.
Minął właśnie tydzień, odkąd pogoda zaczęła nam się psuć. Od tygodnia padało prawie codziennie. Deszcze na szczęście były przelotne i wszystkie udało nam się gdzieś przeczekać. Mieliśmy nadzieję, że nad morzem wreszcie będzie inaczej, w końcu wrzesień na wybrzeżu Dalmatyńskim jest zwykle słoneczny. A jednak nawet tu nas dogoniły chmury. Po pierwszym, ładnym dniu, znów musieliśmy przemykać między falami deszczu. Jakby na pocieszenie zerwał się silny wiatr i dmuchał nam w plecy.
Szybko osiągnęliśmy Budvę, następne zabytkowe miasteczko. Nie było tak pięknie położone, jak Sveti Stefan, nie miało tak pokręconych uliczek, ale i tak lepiej się tu czułem niż w tamtym wymarłym hotelu. Odwiedziliśmy je z samego rana, gdy dopiero budziło się do życia. To był dobry moment, by w ciszy i spokoju przespacerować się między zabytkowymi kamieniczkami i wspiąć na mury cytadeli, ale nie był najlepszy, by spocząć w jakiejś kafejce, gdyż żadna jeszcze nie była czynna. Pod opuszczonym parasolem przeczekaliśmy tylko deszcz i ruszyliśmy dalej.
Za następny cel obraliśmy sobie Kotor. Prowadzą do niego dwie drogi. Chcieliśmy jechać boczną, prowadzącą przez przełęcz, ale drogi były fatalnie oznaczone i niespodziewanie znaleźliśmy się przed tunelem. Ruch tu panował całkiem spory, ale tunel zdawał się być oświetlony, więc zapaliliśmy nasze mizerne diody i zaryzykowaliśmy przejazd. Szybko okazało się, że lampy świecą się tylko niektóre i spore odcinki trzeba było pokonać w ciemnościach. Jeszcze raz się udało tego dokonać i wjechaliśmy do miasta.
Kotor jest niezwykły. Stare miasto wygląda naprawdę na stare. Jest otoczone grubym murem, a do wnętrza dostać się można tylko trzema bramami. Nie szpecą go żadne nowe budowle, a niektóre kamienice są zrujnowane i opuszczone. Większość tych zamieszkanych też już od dawna nie widziała remontu. Wąskie, kamienne uliczki tworzą taki labirynt, że szybko się w nich pogubiłem. Próbując gdzieś dotrzeć wciąż trafialiśmy na ślepą uliczkę lub mury miejskie. W wielu miejscach ulice się rozszerzają, tworząc nieregularne place, na których w najlepsze rozgościły się bary i restauracje. Ludzi przewija się tu mrowie, ale wszyscy znajdują dla siebie miejsce.
Wysoko, ponad miastem góruje twierdza, która jest z nim połączona wspólnymi murami. Z dołu wyglądała bardzo imponująco, ale ciężko było nam znaleźć wejście do niej. W końcu okazało się, że trzeba przecisnąć się wąskimi, kamiennymi schodkami, które wyglądały, jakby prowadziły tylko do czyjegoś domu na zboczu. A jednak schodki wiły się dalej i w końcu wyprowadziły nas ponad miasto. Na sam szczyt twierdzy jest kawał drogi, można się wspinać nawet z pół godziny, ale raczej nie warto. To, co ładnie prezentowało się z dołu, okazało się tylko resztką murów przebudowaną wielokrotnie i wzmocnioną betonem. Jedyne, po co warto było tam wchodzić, to cudowny widok na całą zatokę Kotorską i miasto.
Pojechaliśmy dalej wzdłuż południowego brzegu zatoki, by w Lepetani promem przeprawić się na drugi brzeg i następnego dnia osiągnąć Hercegnovi. To miasteczko nie zrobiło już na mnie żadnego wrażenia i dziwię się, czemu było tak oblężone przez turystów. Może my po prostu nie znaleźliśmy w nim tego, co najciekawsze? Niestety, od wjazdu do Bośni jechaliśmy na instynkt, nie mając z sobą żadnego przewodnika. Dopiero kawałek dalej to się zmieniło, gdyż niedługo po opuszczeniu Hercegnovi znów wróciliśmy do Chorwacji.