Chorwaccy celnicy nie robili żadnych trudności i bez ceregieli kazali jechać dalej. Zgodnie z ich życzeniem pojechaliśmy i jednym ciągiem dotarliśmy do Dubrownika. Znów jechaliśmy Jadrańską Magistralą, ale tu, na południu nie była tak zatłoczona, jak na północy. W zasadzie jechali nią tylko turyści, a wielu z nich miało polskie tablice rejestracyjne. Jazda nie była męcząca, a wiatr, który wciąż wiał nam w plecy mógł tylko cieszyć. Szkoda, że słońca nie było, a nad nami wciąż wisiały deszczowe chmury. Nie było mi to na rękę. Chciałem zrobić Dubrownikowi piękne zdjęcie, dokładnie takie, jak w przewodnikach, gdy jego czerwone dachy lśnią w słońcu, a potężne mury obronne odbijają się w spokojnej, granatowej tafli wody. Tymczasem wokół nas było ciemno, ponuro, a woda była szara i smutna. Najpiękniejsze widoki na stare miasto roztaczają się właśnie z magistrali, więc stawaliśmy co chwilę nie zważając na to, czy byliśmy za zakręcie, czy na parkingu. Turyści w samochodach nie mieli tego komfortu, więc jedyne co im zostało, to zwalniać i przyklejać nos do szyby. Wciąż polowałem na swoje wymarzone zdjęcie. W każdym następnym miejscu, w jakim stawaliśmy, widoki były piękniejsze niż w poprzednim. W końcu dotarliśmy nad samo miasto i... wyjrzało słońce. Mam swoją wymarzoną fotkę.
Stromą drogą zjechaliśmy pod stare miasto. Przemknęliśmy przez bramę miejską i stanęliśmy jak wryci. Zaraz za bramą były długie i wąskie schody w dół. Triumfalny wjazd do miasta trochę nam nie wyszedł. Dopiero druga próba, od strony portu zakończyła się sukcesem.
Starym zwyczajem zostawiliśmy rowery pod ścianą i ruszyliśmy na zwiedzanie. Na pierwszy ogień poszły mury obronne. Masywny, gruby pierścień umocnień okala całe miasto. Ma on ze dwa kilometry długości i w żadnym miejscu nie jest przerwany. Warto było nim przejść, gdyż widoki na kryte czerwoną dachówką kamienne domy jest niezapomniany. Jedynie po kolorze tych dachówek i ich nowości można poznać, że Dubrownik jest świeżo odrestaurowany. Podczas wojny na Bałkanach był długo i uporczywie ostrzeliwany.

Na ulicach starego miasta przewijał się pokaźny tabun turystów. Czułem się tam jak na rynku w Krakowie. Dookoła mnie sami Polacy i trochę różnojęzycznego tłumu między nimi. Miejscowego języka prawie w ogóle nie było słychać. W każdej uliczce, w każdym zakamarku były bary i restauracje. Wszędzie było pełno sklepików z pamiątkami. Wydawać by się mogło, że cała starówka nastawiona jest tylko na turystów, a jednak łażąc po murach można zajrzeć w okna i podwórka, w których toczy się normalne, miejskie życie. Tu suszy się pranie, tam dzieci kopią piłkę, gdzie indziej ktoś pielęgnuje swój maleńki, przydomowy ogródek. Mieszkańcy nie reagują na przechodzących turystów, tak, jak my nie reagujemy na przechodzące koty.
W Dubrowniku ciężko coś zjeść lub wypić, bo ceny już dawno przekroczyły próg przyzwoitości. Podobnie jest z cenami noclegów. Przy wjeździe na starówkę stali naganiacze, więc podpytałem się o tanie spanie. Ich najlepsze propozycje były jednak czterokrotnie droższe od tego, co zapłaciliśmy dwa dni wcześniej w Czarnogórze. Wygląda jednak na to, że pytałem niewłaściwych ludzi. Tak się złożyło, że w tym samym czasie co my, w Dubrowniku gościli Jacek z Basią, znajomi Romana. To była ich podróż poślubna. Wynajęli sobie domek na obrzeżach miasta. Do dyspozycji mieli 2 pokoje, kuchnię, łazienkę i ogród, za co płacili 11 EURO za dzień. Zaprosili nas do siebie, więc po raz drugi na tej wyprawie mogliśmy raczyć się luksusami. Oj, żeby mi to w krew nie weszło.
Powiadają, że wrzesień na Bałkanach jest ciepły i słoneczny. Musieliśmy źle trafić, bo deszcz męczył nas już od bardzo dawna. Padało coraz więcej, ostatnio każdej nocy i przynajmniej raz w ciągu dnia. Do tego wszystkiego doszedł jeszcze wiatr, który na moście za Dubrownikiem wiał z prędkością 77 km/h i przenikliwe zimno. Nastawiałem się na jazdę w sandałach i w krótkiej koszulce, a tymczasem wyciągałem z sakw coraz to cieplejsze rzeczy.
Od początku wyprawy planowaliśmy, by odwiedzić też chorwackie wyspy, więc przy pierwszej okazji zjechaliśmy w bok i skierowaliśmy się w głąb półwyspu Peljesac. Na samym początku półwyspu znajdują się dwa miasteczka: Ston i Mały Ston. Zatrzymaliśmy się w obu. Mały Ston jest rzeczywiście mały, ma zaledwie dwie ulice. Niektóre domy są opuszczone i popadły w ruinę, pozostałe wyglądają, jakby za chwilę miały podzielić ten sam los. Ston jest trochę większy, ale wielkością nie imponuje, urodą zresztą także nie bardzo. To, co naprawdę jest tam interesującego, to kamienny mur obronny, który łączy oba miasteczka. Biegnie przez górę, na której nic nie ma i wygląda przy tym jak miniaturka Wielkiego Muru w Chinach. Mur jest w ruinie, podobno trzęsienie ziemi w 1996 roku poważnie go uszkodziło, ale od strony Stonu rozpoczęto go już odbudowywać. "Odbudowywać" to złe słowo, oni go przebudowują na ścieżkę dla turystów. Likwidują przy tym blanki i zastępują je metalową barierką. Potworność. Jeszcze trochę i nie będzie po co zaglądać do Stonów. Być może jestem jedną z ostatnich osób, które zobaczyły ten mur takim, jakim był od wieków.
Podobno właśnie z półwyspu Peljesac pochodzi jedno z najlepszych win chorwackich. Win nie próbowaliśmy, ale winogrona mają pyszne. Na całym półwyspie pełno jest winnic, a spotkaliśmy także migdały. Jedna, jedyna droga jest zupełnie pusta i nieco monotonna, choć górek na niej nie brakuje. Może przy innej pogodzie bardziej by mi się podobała, ale my znów kawał dnia przesiedzieliśmy w jakiejś wiosce czekając aż przestanie padać.
Mimo wszystko dotarliśmy do miejscowości Orebić i wsiedliśmy na prom do Korculi. Prom nie był drogi, ale zapłacić trzeba było także za rowery. Zresztą kasę to oni tam chcieli za wszystko. W życiu nie widziałem tak rozbudowanego cennika. Przewidziano wszystkie możliwości, długości i wysokości pojazdów i przyczepek dla każdego ustalając inną cenę. Co za bzdura.

Chcieliśmy odwiedzić wyspy i odwiedziliśmy. Byliśmy w Korculi na wyspie Korcula. Dalej w planach była jazda do Vela Luka, skąd inny prom miał nas zabrać na Hvar. Nic z tego. To był wrzesień, turystów mniej i nie wszystkie promy kursują. W każdym razie ten, który nas interesował nie kursował. Pływał tylko jakiś wodolot, który, jak nas zapewniali w biurze Jadrolinii, rowerów na pewno nie zabierze. I to by było na tyle, jeśli idzie o wyspy. Pozostała nam już tylko jedna droga: powrotna. Na pocieszenie mogliśmy tylko zwiedzić Korculę, miasto w którym podobno urodził się Marco Polo. Jego rodzinny dom-wieża istnieje tam do dzisiaj. Jednak nie to i nie inne piękne zabytki utkwiły mi najbardziej w pamięci, tylko cena piwa. Najtańsze w barze kosztowało 20 HRK (ok. 12 zł) za 0,5 litra. Nieźle się cenią ci wyspiarze, to już nawet w Dubrowniku jest taniej (15 HRK), a po drugiej stronie cieśniny, w Orebić 11 HRK.
Przepłynęliśmy z powrotem do Orebić i po spędzeniu nocy pod wiatą nieczynnego campingu ruszyliśmy w stronę lądu. Znów padało. Padało w nocy i padało w dzień. Mimo to jechaliśmy, gdyż chcieliśmy skrócić sobie drogę jeszcze jednym promem, a on na nas czekać nie będzie. Zdążyliśmy w ostatniej chwili i po godzinnym rejsie wylądowaliśmy w Ploce.
Znów musieliśmy jechać Jadrańską Magistralą. Strasznie ta droga była męcząca. Ruch na niej panował spory, a mało kto przejmował się rowerzystami. W zasadzie tylko niemieccy turyści wyprzedzali w bezpiecznej odległości. Reszta robiła to na styk, często przy tym trąbiąc. Każda okazja jest dobra, by uciec z czegoś takiego. Alternatywnych dróg nie ma za wiele, więc, jak tylko pojawiła się możliwość przejazdu przez kanion Cetiny, natychmiast wymogłem na Romanie, by z tego skorzystać. Kanion nie był szczególnie atrakcyjny, ale zdecydowanie wolę takie drogi niż przepychanki z samochodami. W zasadzie tylko ujście Kanionu w miasteczku Omis wygląda pieknie.
Dotarliśmy w końcu do Splitu. To wielkie miasto kryje w sobie jeden ciekawy zabytek: resztki rzymskiego pałacu Dioklecjana. Nie sądziłem, że to tak będzie wyglądać. Tak naprawdę nie są to ruiny, już dawno zostały zagospodarowane. Całe stare miasto wcisnęło się do środka pałacu. Mury zewnętrzne pałacu stały się murami obronnymi miasta. Wiele innych ocalałych ścian pałacu stanowi teraz ściany budynków. Osobliwie to wygląda i warto było tam zajrzeć.
Kawałek za Splitem jest kolejne ciekawe miasteczko, Trogir. Wjechaliśmy więc i tam. Nawet nie wiem, czy Trogir ma jakieś wyjątkowe zabytki, których nie wolno pominąć, jest po prostu piękny jako całość. Po raz pierwszy nie natknęliśmy się na zorganizowane grupy z przewodnikami, tu każdy szwędał się na własną rękę. Było to bardzo sympatyczne, zostaliśmy więc w tym mieście aż do nocy.

Powoli kończył się czas, jaki mogliśmy poświęcić na wyprawę. Jakby na pociechę przez ostatnie dwa dni pobytu nie padało, a nawet świeciło słońce. Już tak zupełnie na zakończenie przygotowaliśmy sobie jeszcze jedną atrakcję: Park Narodowy Krka. Podobnie jak w Plitvicach, tu także utworzono go na rzece z wodospadami. Zobaczyliśmy tylko jeden z nich, ale za to największy i najpiękniejszy. Rzeczywiście jest co podziwiać, ale ogólne wrażenie i tak mam negatywne. Chorwacja burzy we mnie ideę powstawania parków narodowych. Do tej pory myślałem, że tworzy się je po to, by chronić przyrodę, a Chorwacja tworzy parki po to, by doić turystów z kasy. Ani Plitvic, ani Krki nie da się zobaczyć nie ocierając się wciąż o sklepiki z pamiątkami i infrastrukturę mającą uatrakcyjnić park. Tym razem był to działający młyn wodny i kilka wystaw dawnych narzędzi i przedmiotów. Oczywiście na każdym kroku były bary z piwem i lodami oraz stoliki z napitkami domowej roboty. Ta cała otoczka dominuje nad wodospadem i sprawia wrażenie, że jest najważniejsza w parku. Gdybym to wiedział, nie zapłaciłbym 50 HRK za wejście. Na szczęście na rejs statkiem do następnego wodospadu za 100 HRK już się nie zdecydowałem.
Wizyta w Parku Narodowym Krka uświadomiła mi jedno: Chorwacja to nie jest miejsce dla mnie. Nieprędko tu wrócę. Obejrzałem zabytki i to wystarczy. Atmosfery podróży w tym kraju nie ma co szukać. Tu się jest tylko klientem, którego należy wydoić z kasy. Za późno tu przyjechałem. Pewnie jeszcze z 5 lat temu można było tu wypocząć, ale teraz jest już za późno. Przemysł turystyczny rozwinął się ponad miarę.