Rumunia przywitała nas deszczem. Lunęło nagle. Złapało mnie, gdy stałem pod bankomatem, z którego usiłowałem wyciągnąć kasę. Dwa tygodnie wcześniej Rumuni zrobili sobie denominację i nie bardzo mogłem dogadać się z bankomatem, co do kwoty, którą chcę wypłacić. Jak mu wpisałem po staremu, to się oburzał, że to za dużo i proponuje mniej, a potem i tak wypłacił w starych.
Pada już do końca dnia. Jak tak dalej pójdzie, to wyprawa będzie katastrofą. Przypadkiem trafiamy na jakiś obskurny camping, gdzie wynajmujemy sobie domek. Ceny śmieszne, wychodzi nam po 6 zł od osoby. Przy takich cenach aż głupio spać w namiocie. Za niską ceną idą jednak w parze niskie warunki sanitarne. Nie jest nic lepiej, niż przy noclegu pod namiotem w lesie.
Świt przyniósł nadzieję, że z tym deszczem to jeszcze nic pewnego. Przyniósł także obawę, że Tomek będzie nas codziennie zrywał do dalszej jazdy o 5:00 rano. Na szczęście reszta ekipy okazała się "normalna" i nawet nie myślała wstawać przed 8:00. W końcu jesteśmy na wakacjach, a nie na wyścigu kolarskim.
Jedziemy przez Bukowinę. Otaczają nas niewysokie, lesiste góry. Wśród tych gór rozsianych jest całkiem sporo starych, prawosławnych klasztorów, tzw. malowanych monasterów. Na naszej trasie znajdują się dwa takie monastery, w Sucevita i kawałek dalej w Moldowita. Oba są niezwykle podobne do siebie. Na środku kwadratowych placów otoczonych murami obronnymi stoją murowane cerkwie. Ich ściany pokrywają niezwykle barwne obrazy przedstawiające różne sceny biblijne. Wygląda to iście bajkowo.
Dojeżdżamy w końcu do podnóża masywu Rarau-Giumalau. Gregory z Tomkiem podczas poprzedniej wizyty w Rumuni zdobyli ten masyw pieszo. Ku swemu zaskoczeniu na szczycie spotkali normalną, przejezdną drogę. A więc da się wjechać rowerem! Tym razem postanowili tego dokonać. Podjazd rozpoczynamy w wiosce Cimpulung Moldovenesc. Już od samego początku droga jest gruntowa, a po ostatnich deszczach zamieniła się w szereg błotnych bajorek. Nieco dalej spod tego błota zaczynają wyłaniać się resztki wiekowego asfaltu. Nie chce mi się wierzyć, że mogła tu kiedyś prowadzić asfaltowa droga.
Wspinamy się coraz wyżej, robi się coraz bardziej stromo. Doganiamy wóz cygański, który wtacza się na górę jeszcze wolniej od nas. Dla Cyganów jesteśmy taką samą atrakcją, jak oni dla nas. Dyskretnie się obserwujemy i chyba tak samo też myślimy: co oni tutaj robią? Nie za bardzo uśmiecha nam się nocować w ich pobliżu, a tymczasem w głębokim lesie robi się już coraz ciemniej. Na dokładkę moje tylne koło zaczyna pływać, uchodzi z niego powietrze. Nie chce mi się teraz zatrzymywać i kleić, nie chce mi się babrać w błocie, którym całe koło jest oblepione. Dopompowuję tylko i jadę dalej. Cyganie chyba też nie mają ochoty spać koło nas, więc zatrzymują się nagle i zostają za nami.
Powietrze wciąż uchodzi, a sił mi ubywa. Już nie jadę, już tylko pcham ten objuczony złom do góry. Mam dość. Docieramy w końcu na jakaś przełączkę. Pojawiają się drogowskazy i szlaki turystyczne. Nie bardzo wiemy gdzie jesteśmy, wygląda na to, że wyjechaliśmy w innym miejscu niż chcieliśmy. Na dzisiaj wystarczy. Stawiamy namioty obok pustej drogi i rozpalamy ognisko. Ależ tu pięknie. W takich miejscach zwykle sypia się podczas pieszych wypraw, a nie rowerowych.
Rankiem podjeżdżamy pod pobliski hotel Rarau i rozdzielamy się na dwie grupy. Razem z Kubą wdrapujemy się na wapienne skałki, skąd mamy piękny widok na szczyt Rarau i skały Księżniczki. Tomek z Gregorym idą w tym czasie na punkt widokowy nad drogą, którą tu przyjechaliśmy. Samego Rarau sobie odpuszczamy, robi się już późno, a chcemy jeszcze tego dnia kawałek drogi pokonać.
Zjazd w dół, w dolinę rzeki Bystrzycy wyglądał inaczej niż wczorajszy podjazd. Asfalt był w miarę dobry, a droga nie tonęła w tak gęstym lesie. Raz po raz otwierały się widoki na dolinę i okoliczne góry. I tak sunąc sobie po serpentynach osiągnęliśmy wioske Chiril i masyw Rarau-Giumalau pozostał za nami.
Dalszy dzień to już tylko jazda doliną po drodze o podłej nawierzchni bez żadnych widoków. W jedną z dziur w asfalcie przedzwoniłem z taką siłą, że odpadły mi obie tylne sakwy. Aż dziw, że z kołem nic się nie stało. Potem razem z Tomkiem podczepiliśmy się pod ciężarówkę wiozącą deski. W pewnej chwili wiatr zwiał jedną z tych desek i spadła na mnie. Miałem dużo szczęścia, że uderzyła mnie tylko w rękę, a nie wpadła np. w szprychy. Kawałek dalej zaliczyłem kolejną dziurę-gigant i znów koło wyszło bez szwanku. Co się dzieje? Niech ta dolina wreszcie się skończy, bo jeszcze coś mi się w niej naprawdę stanie!