A jednak pogoda przypomniała sobie, że miała nas straszyć deszczem. Gdy dojechaliśmy do jeziora Izvorul Muntelui, zaczęło padać. Namioty też rozstawialiśmy w deszczu, a w nocy przeszła nad nami burza. Za to następnego dnia znów zza chmur niepewnie zaczęło wyglądać słonce. Szczęście nadal nas nie opuszcza.
Droga wzdłuż jeziora Izvorul Muntelui nie szła nad samą taflą wody, lecz wspinała się na okoliczne wzgórza, łącząc małe wioski. Raz po raz otwierały się widoki na jezioro i leżący po przeciwnej stronie masyw Ceahlau. Jezioro powstało sztucznie, przez przegrodzenie potężną zaporą rzeki Bistrita. Po ponad 20 km droga sprowadza nas nad samą zaporę. Wychylam się za betonową barierę i nie mogę uwierzyć w to, co widzę. Pod zaporą w ogóle nie widać wody, jest tam tylko zbita warstwa plastikowych butelek i kawałków drewna. Tych butelek są pewnie miliony, a wiele następnych pokrywa całe jezioro. Wyglądają jak boje ostrzegające przed sieciami rybackimi. Całe jezioro w wyimaginowanych sieciach, całe jezioro w śmieciach.
Przejeżdżamy przez tamę i zjeżdżamy w dół, do miasteczka Bicaz. Tam odbijamy w boczną drogę i kierujemy się do wąwozu Bicaz. Powoli mijamy ostatnie wioski i nagle jest! Ściany rosną w górę, nie widać już ich końca. Podobno dochodzą do 800 metrów wysokości. Jest bardzo wąsko. By obok strumienia mogła zmieścić się droga, trzeba było wykuć ją w skale. Jedziemy więc pod okapami, gdy nagle... pojawiamy się na targowisku. Wąwóz rozszerza się nieco, a więc oprócz strumienia i drogi, starczyło też miejsca na stragany. Jest ich bez liku. Jeden obok drugiego, wszystkie zapchane jakimś towarem, a gdy chce się coś kupić, okazuje się, że nie ma tam nic. Sama tandeta i popcorn. Pod straganami dziesiątki samochodów, gdzieś z góry wpycha się między nie autobus, a z dołu próbuje podjechać ciężarówka. Przecież wyraźnie widziałem zakaz wjazdu takimi samochodami! Tłok, harmider i masa ludzi. Zachwyt ustępuje miejsca zniechęceniu. Czy zawsze tak muszą wyglądać największe atrakcje? Jak już coś może się poszczycić jakimś "naj", to otoczka musi zepsuć całe wrażenie. Mam dość. Wyjedźmy stąd jak najprędzej.
Dość sprawnie pokonaliśmy przełęcz Bicaz i zjechaliśmy do Gheorheni. Zaraz, zaraz, czy przypadkiem za bardzo się nie rozpędziliśmy? To miała być wycieczka po Rumunii, więc skąd te szyldy po węgiersku? Dlaczego w restauracji podają nam węgierskie menu? Nawet samochody mają tu węgierskie tablice rejestracyjne. Na przełęczy Bucin Tomek kupuje butelkę napoju i dziękuje po rumuńsku. W odpowiedzi sprzedawca obraża się i mówi, że on nie jest Rumunem, tylko Węgrem. Niech sobie będzie, kim chce. Nam trzeba wykręcać na południe i wracać do Rumunii.
Jakość drogi, którą wdrapaliśmy się na przełęcz Bucin była katastrofalna. Najpierw płyty, potem dziurawy asfalt i jakiś bruk z kamyczków, a gdy już myślałem, ze nic gorszego nas nie spotka, zobaczyłem znak "uwaga wyboje". No, bo wyboje dopiero się zaczynały. Droga zrobiła się gruntowo - żużlowa z takimi dziurami, że lepiej nie mówić. Nawet samochody podjeżdżały z taka samą szybkością, co my. Zjazd był równie atrakcyjny. Nie byłem w stanie rozpędzić się do większej prędkości, niż 15 km/h. Tu by się przydał rower z pełną amortyzacją, a nie sztywny treking z bagażami.
Ten makabryczny zjazd kończył się w wiosce Praid. Według mapy nie ma tam nic ciekawego, ale coś było nie tak. Zbyt dużo ludzi się tam kręciło, zbyt dużo samochodów jeździło i zbyt dużo sklepików tam było. Ani chybi, musi w niej być coś niezwykłego. I rzeczywiście, znajdujemy tam zabytkowe kopalnie soli. Według legendy, to właśnie tu księżniczka Kinga wrzuciła swój pierścień, by później wykopać go wraz z solą w Wieliczce. Nawet mieliśmy chęć zwiedzić te kopalnie, ale chyba nie za bardzo, gdyż po sprawdzeniu cen biletów i stwierdzeniu, że są tanie... pojechaliśmy dalej.
Tomka z Kubą ciągnęło do następnej mieściny, do Sovaty. Chcieli wykąpać się w tamtejszych słonych, gorących jeziorach. Jest ich ponoć pięć, my odnajdujemy najsłynniejsze, jezioro Ursu. Woda w nim ma temperaturę 35°C i rośnie wraz z głębokością. Na głębokości 2 metrów ma już 60°C. Jezioro jest ogrodzone, a za wstęp pobierane są opłaty. Już mieliśmy wchodzić, tylko jedna rzecz nas zaniepokoiła. Dlaczego nikt się nie kąpie? Ludzie leżą na drewnianych pomostach, smażą się w słońcu, a w wodzie nie ma nikogo. Co jest grane? Okazuje się, że od 12:00 do 15:00 jest zakaz kąpieli. Nie pytajcie mnie kto i po co wymyślił ten durny przepis. Ja nie wiem. Wiem tylko jedno: nie będziemy tu siedzieć trzech godzin i czekać. Rezygnujemy z kąpieli i opuszczamy Sovatę.