Wyruszyliście kiedyś w podróż z bolącym kolanem? Niezbyt mądry pomysł, ale ja tak właśnie zrobiłem. Od dłuższego czasu miałem problemy z lewym kolanem. Wytrzymywało jakieś 20 km i jazdy i zaczynało boleć. Ból był stały, nie zwiększał się, nie dokuczał, po prostu był. Wczoraj chyba trochę za mocno pocisnąłem i dzisiaj zaczęły dziać się gorsze rzeczy. W pewnym momencie poczułem coś takiego, jakby wbito mi długą szpilę w samo kolano i wepchnięto ją aż po biodro. Noga została na chwilę sparaliżowana. Nie mogłem nawet zdjąć nogi z pedału, by zejść z roweru. Oparłem się o barierę obok drogi i powoli zacząłem się wypinać. Ból powoli mijał. Jeszcze kilka ćwiczeń rozciągających i po chwili znów mogłem wsiąść na siodełko i pojechać dalej. Od tej pory każdy podjazd stawał się dla mnie katorgą. Ukłucia zaczęły się powtarzać coraz częściej. Zaczynam się obawiać, czy dam radę ukończyć te podróż?
Nie tylko kolano dziś mnie męczyło. W ogóle trafił się nam jakiś podły dzień. Najpierw Tomek obudził się z bólem brzucha. Pewnie nadmiar wczorajszych niedojrzałych śliwek mu zaszkodził. Ale jak tu się powstrzymać przed jedzeniem, skoro śpi się w sadzie śliwkowym? Ja też się nimi opychałem, ale sensacji nie miałem. Zrobiłem za to coś innego, urwałem śrubę mocującą przedni bagażnik do widelca. Resztki śruby za nic nie dało się wykręcić. Poradziłem sobie mocując bagażnik pod zacisk piasty. Gregory rano łatał dwie dętki, które przebił wczoraj wieczorem, a Kuba złapał gumę zaraz po wyjeździe.
Jakby na przekór tym wszystkim niedogodnościom, właśnie dzisiaj wjechaliśmy do Sighişoary, jednego z miast Siedmiogrodu. Sighişoara to miejsce wprost niezwykłe. Stary gród, zbudowany na wzgórzu i otoczony masywnymi murami zachował się niemal w całości. Każdy budynek, każda uliczka mają swoją długą historię. Szybko rozsypujemy się po mieście i każdy z nas zwiedza to piękne miasteczko własną ścieżką. Mimo całkiem pokaźnej liczby innych turystów, czuję się tu świetnie. Sighişoara ma jakiś taki niepowtarzalny urok. Ma coś swojego, co przyciąga i zachęca do pozostania. Nawet stragany z tandetą, których pełno stoi na rynku, nie odstraszają jak te w wąwozie Bicaz. Po prostu tu są na swoim miejscu. Od tego jest miasto i po to ma rynek, by na nim handlować.
Przy okazji okazuje się, że wcale nie jesteśmy tu jedynymi rowerzystami. Siedzę sobie na murku i pilnuję rowerów. Nagle podchodzi jakiś kudłaty człowieczek i przypina do nich ulotki. Biorę jedną i okazuje się, że jest na niej plan podróży grupy Chorwatów, którzy jadą do Mołdawii. W Sighişoarze mają dwudniowy postój. Zresztą cała ich podróż tak wygląda: dwa dni w drodze, dwa dni postoju.
Dobra, dość zwiedzania. Trzeba jechać dalej, bo i nam przyjdzie tu nocować. Obieramy kurs prosto na południe jakąś trzeciorzędną drogą. O dziwo, ma ona piękny i równy asfalcik. Ruchu nie ma na niej żadnego. Jak jeszcze dołożyć do tego, że wije się po wzgórzach wśród pól i jezior, to można ją uznać za raj dla rowerzystów. Za Agnitą znika asfalt, ale za to trafiamy na niesamowite wsie. Wsie, w których czas stanął w miejscu. Wsie, w których wszystkie budynki są starsze od najstarszych mieszkańców. Wsie pełne życia, w których nasze pojawienie się jest taką samą atrakcją dla mieszkańców, jak oni dla nas. Nigdy nie zapomnę tych radosnych, umorusanych dzieci, które biegły z nami i wyciągały rączki, by im przybić piątkę. Nigdy nie zapomnę poruszenia, jakie wywołała nasza prośba o wodę. Tą drogą chętnie bym się przejechał jeszcze raz.