RELCJA Z PODRÓŻY:

SZOSA TRANSFOGARASKA

- Drum bun! - krzyknął starszy jegomość jadący jeszcze starszym motorem.

- Ciao! - zapiszczała dziewczyna wylegująca się na trawie przed domem.

- Tato, jedźmy do Sibiu - Kuba potrafił sprowadzić człowieka na ziemię. Co on się uparł na to Sibiu? Odnoszę wrażenie, że wcale mu się ta wyprawa nie podoba. Myślami jest w Polsce, na pielgrzymce do Częstochowy. Boi się, że na nią nie zdąży, więc chciałby już wracać. Ale Tomek jest nieugięty. Musimy zobaczyć Szosę Transfogaraską. W końcu po to tu przyjechaliśmy. Kuba nie ma wyjścia, musi się zgodzić na ten podjazd, ale zaraz potem chce zawracać.

Jadę bardzo słabo. Powodem jest moje szwankujące kolano. Teraz już prawie na każdym podjeździe dopada mnie to przeszywające ukłucie. Staram się nie nadwerężać kolana, więc jadę wolno, na samym końcu. Tak jest i tym razem. Podjeżdżam właśnie pod jakąś niewielką przełączkę. Chłopaki czekają na mnie na jej szczycie.

- Nie patrz w prawo, jeszcze nie... Teraz możesz zobaczyć. - Odwracam głowę. Na horyzoncie widać potężną ścianę gór. Wyglądają jak Tatry. Gdzieś tam, między tymi wielkimi szczytami wspina się Szosa Transfogaraska, którą ma biec nasza dalsza trasa. Rety, przecież jeśli tam podjadę, to mi nogę amputują!

A jednak następnego dnia jesteśmy już w górach. Jest ponuro. Przez gęsty las snują się pasemka chmur. Raz po raz siąpi deszcz. Jak zwykle zostaję z tyłu i powoli samotnie sunę pod górę. Ku mojemu zaskoczeniu pod kołami mam całkiem dobry asfalt. Jest równy, bez dziur i obsuwisk. Wydawało mi się, że droga, która nie ma żadnego znaczenia komunikacyjnego będzie w gorszym stanie. Budowanie drogi przez wysokie góry, która przez pół roku jest nieprzejezdna ze względu na zalegający śnieg nie miało żadnego logicznego uzasadnienia. Tym bardziej, że po obu stronach tego masywu znajdują się głębokie doliny, którymi o wiele szybciej i wygodniej można przejechać na drugą stronę. Po co więc ta droga? Przez głupi kaprys Caucesku Rumunia ma teraz atrakcję turystyczną porównywaną z alpejskimi przełęczami. Ciągnie tu sporo turystów, co widać wyraźnie po sznurze samochodów jadących w obie strony. Wplatam się w niego i też ciągnę w górę.

Dojeżdżam do hotelu "Bilea Cascada". Można stąd wjechać na samą przełęcz kolejką linową. Przyznam, że przyszedł mi taki pomysł do głowy, ale chyba bym sam sobie tego później nie wybaczył. Zbieram się i jadę dalej. Wyjeżdżam ponad granicę drzew. Dopiero od tego miejsca szosa pokazuje swoje prawdziwe piękno. Widać ją całą, widać wszystkie serpentyny. Widać, jak się kręci, jak wije, jak nabiera wysokości. Przecież to bajka! Tak malowniczej drogi nawet w Alpach nie widziałem!

Docieram na przełęcz. Chłopaki czekają na mnie już dłuższą chwilę. Chmury też jakby tylko na mnie czekały. Wisiały nisko, poganiały mżawką, ale czekały. Pozwoliły zobaczyć tę wspaniałą drogę, a teraz, gdy dotarłem na górę chlusnęły nagle deszczem. Lało strasznie. Widoczność spadła do kilku metrów. Schowaliśmy się w restauracji jednego ze stojących tam schronisk-hoteli.

Zrobiło się ciemno, a wciąż nie chciało przestać padać. Wolnych pokoi w hotelu też już nie było, więc musieliśmy zaciągnąć kaptury i ruszyć dalej. Nie zajechaliśmy daleko. Po drugiej stronie tunelu napotkaliśmy kolejny domek. Był w budowie. Okazało się, że stacjonuje w nim grupa ratowników górskich. Wolą nas przenocować, niż potem w razie czego szukać nas w górach. Warunki mamy spartańskie, ale przynajmniej na głowę nie kapie. Za nocleg nie chcą pieniędzy, więc jadę z Tomkiem z powrotem na drugą stronę przełęczy i przywozimy całą sakwę piwa. Chociaż tak im się możemy odwdzięczyć. Aż do nocy gościmy w ich pokoju i rozmawiamy.

Rano już nie pada, a resztki chmur szybko się rozwiewają. Znów wychodzi słońce i robi się ciepło. Szybko zjeżdżamy w dół. Od tej strony droga nie jest już tak malownicza. Dłuży się strasznie, prowadząc po górkach wzdłuż jeziora. Za to po minięciu gigantycznej zapory wodnej znów spada ostro w dół ciasnym kanionem. Z pewnością podjazd od tej strony byłby i bardziej męczący i o wiele dłuższy.