Wracamy na drugą stronę gór Przełomem Czerwonej Wieży. To najstarsza i najważniejsze droga przedzierająca się przez Karpaty. Nie zamierzamy dojechać do końca. Kusi nas boczna droga wzdłuż rzeki Lotru. Na mapie wcina się głęboko w góry i wydaje się być niezwykle malownicza. Nasz pomysł nie spodobał się Kubie.
- Tato, jedźmy do Sibiu...
...i pojechali. Kuba postawił wszystko na jedną kartę i pociągnął doliną tak szybko, jak tylko mógł. Tomkowi nie pozostało nic innego, jak gonić syna. Pozostał po nich tylko pożegnalny sms. Zostaliśmy sami z Gregorym i sami skręciliśmy w dolinę Lotru. A jednak Tomek wygrał z synem i zmusił go do zawrócenia. Po kilku godzinach dogonili nas i wyprzedzili. By zdążyć na pielgrzymkę muszą ostro ciągnąć do przodu. Postanawiają nie oglądać się za nami, a szczególnie za mną, co zawsze ciągnie się na końcu.
Muszę w końcu zrobić coś z tym kolanem, bo nawet tej podróży nie dam rady ukończyć. Za radą Gregorego postanawiam zwiększyć kadencję. Do tej pory pedałowałem z prędkością 75-80 obr/min, bo tak mi jest najwygodniej. Teraz postanawiam utrzymywać prędkość powyżej 90 obr/min. Zauważam też, że po ukłuciu pomaga mi rozprostowywanie nogi. A może tak zmusić ją, by ciągle się prostowała? Wyciągam siodełko tak wysoko, że ledwie sięgam pedałów. Gdyby nie zatrzaski, pewnie nie byłbym w stanie jechać. Jedzie mi się strasznie ciężko i niewygodnie, ale zmuszam się, by nie przerwać eksperymentu. Albo wykończę to kolano, albo rozjeżdżę. Efekty widać już następnego dnia. Powraca ciągły ból, a zanikają ukłucia. Czyżby więc szło ku poprawie?
Tomka z Kubą już więcej nie spotkaliśmy. Tego dnia nocowali nad jeziorem Vidra, podczas gdy ja z Gregorym nie dojechaliśmy do niego i postawiliśmy namiot na podjeździe. Zabrakło nam raptem pół godziny jazdy. Gdybyśmy tylko wiedzieli, że jesteśmy tak blisko. W następnych dniach dystans miedzy nami będzie systematycznie rósł i już do końca wyprawy będziemy jechać po ich śladach.
Dolina Lotru to takie trochę zapomniane miejsce. Mijamy małe wioski, w których nawet sklepu nie ma, aż tu nagle trafiamy pod wielki gmach hotelu, który czasy swojej świetności ma już dawno za sobą. To taki relikt z minionej epoki. W hotelowej restauracji jemy obiad i okazuje się, że nie mają żadnej surówki. Chwilę wcześniej Tomek z Kubą też jedli tu obiad, ale w lokalu piętro wyżej i surówka jak najbardziej była, nie było za to żadnej zupy, których my mieliśmy cały wybór.
Masowa turystyka omija tę dolinę, spotykamy za to sporo Rumunów, którzy piknikują nad strumieniem. To wygląda na ich narodowy sport. Przy każdej górskiej rzeczce stoją samochody, a wokół roznosi się zapach grilowanego mięsa. Tak było w Fogaraszach, tak jest i tu.
Droga pnie się w górę, na przełęcz Curmatura Vidrutei, by po drugiej stronie sprowadzić nad jezioro Vidra. Odżywają wspomnienia. Czuję się, jakbym był na zupełnie innej wyprawie. Takie jeziora, z takim kolorem wody i wśród takich drzew spotykałem w Norwegii. Świetne miejsce na odpoczynek i do tego prawie puste. Gdzieś tam spotykamy jakieś budynki, wyglądają na ośrodki wypoczynkowe, ale są tak samo zaniedbane, jak ten hotel wcześniej.
Nasza mapa nie jest zbyt dokładna, więc przez przypadek obieramy niewłaściwą drogę. Zamiast pojechać prostym asfaltem po południowej stronie jeziora, my pchamy się na północ. Jakby tego było mało, że nasz wariant okrąża liczne zatoczki, przez co jest dwukrotnie dłuższy, to jeszcze wokół drwale wycinają drzewa i dewastują gruntową drogę, którą jedziemy. Trasa dłuży się tak, że mam wrażenie, jakby miała nigdy się nie skończyć.
W końcu docieramy do jakiejś małej osady. Gdzieś tu zaczyna się podjazd na najwyższą przejezdną przełęcz Karpat, Urdele. Nie mamy jej po drodze, musimy odbić w bok, zdobyć ją, a potem wrócić tą samą drogą. Gregory nie ma na to ochoty i próbuje odwieźć mnie od planu. Bezskutecznie. Przed podjazdem warto by coś zjeść, więc zasiadamy w restauracyjce jednego pensjonatu. Do obiadu wypijam piwo, potem drugie. Jestem coraz bardziej rozleniwiony. W tym czasie Tomek przysyła nam dramatyczne sms-y z podjazdu na Urdele. Stromo. Gorąco. Kamienie. Długo. Ciężko. W końcu zawraca nie osiągając celu. A ja siedzę w cieniu z piwem w ręku i ochota na Urdele mi mija. Gregory znów proponuje się stąd ruszyć i pojechać na południe. Ok. Na południe. Z górki. Tyle mogę zrobić.
Przed nami 80 km zjazdu. Zjazdu cięższego, niż niejeden podjazd. Najpierw kamienista gruntówka, potem jakiś asfalt starszy od nas dwóch razem wziętych. W ogóle na czymś takim nie da się rozpędzić. Każde puszczenie klamek, to strach przed zaryciem kołem w jakąś dziurę. Szkoda sprzętu. Pojawiają się stare, zdezelowane ciężarówki zwożące drewno. Jadą jeszcze wolniej od nas, najwyżej z 10 km/h. Na tej wąskiej dróżce nawet nie ma jak ich wyprzedzić nie narażając się na wywrotkę na którejś z dziur. Potworność. W sumie przez cały dzień jedziemy po płaskim albo w dół i nie jesteśmy w stanie przejechać nawet 100 km. Dziękuję za takie zjazdy.