RELCJA Z PODRÓŻY:

GÓRY APUSENI

To już koniec przedzierania się przez Karpaty. Koniec spokojnej jazdy drogami, które całe należą tylko do nas. Zjeżdżamy w dół i wciskamy się w gęsty ruch uliczny. Wracamy do miast. Mijamy Sebes, a później Alba Julia. Oba są nieciekawe. W Alba Julia zwiedzamy znakomicie zachowaną XVIII-wieczną cytadelę. Nie jest to jednak zbyt efektowny zabytek. Starymi zamkami można się jeszcze zachwycić, ale fortyfikacjami przypominającymi mury oporowe już nie bardzo. Już dużo ciekawiej wyglądał maleńki Aiud, choć okazałych zabytków również tam nie ma.

Od pewnego czasu pogodę mamy całkiem niezłą. Świeci nam słońce i jest cieplutko. Prawie już zapominamy o tym, że były tu ulewy i powodzie. Dopiero teraz widzimy ślady tej powodzi. W Aiud trafiamy na zerwany most i uszkodzone ściany, a koparka wybiera naniesiony muł z dna rzeki. Dalej, w wioskach też nie jest lepiej. Wąski strumyczek tak się rozhulał, że też ciężkim sprzętem doprowadzają go do porządku. Na wyrwanych drzewach widzimy tony szmat i innych śmieci, a wszystko wisi kilka metrów nad wodą. Kilka razy trafiamy na podmyty i zerwany asfalt, ale na szczęście wszędzie da się przejechać.

Odbijamy nieco od głównej drogi, by zobaczyć dwa wąwozy. Oba są zaznaczone na mapie, więc spodziewamy się czegoś ciekawego. Pierwszy, do którego trafiamy to wąwóz Valisoarel. Jest krótki i dość szeroki. Łatwiej by go było nazwać głęboką doliną niż wąwozem, ale niech już będzie, że to wąwóz. Całkiem sympatyczne miejsce i jak prawie wszystko w Rumunii zapomniane. Na zboczu stoi okazały budynek, prawdopodobnie hotel, ale zionące pustką otwory okienne jasno wyjaśniają, że noclegu tam się nie znajdzie.

Drugi z wąwozów, Turzii, jest zupełnie inny. To głęboka rozpadlina w skale, tak wąska, że nawet drogi tam nie ma. Można zwiedzić go jedynie pieszo. Przed wąwozem tłum ludzi. Siedzą na kocach, grają w piłkę, grilują, a z sąsiedniego zbocza startują paralotniarze. Miejsce jest piękne, więc większość przyjeżdża tu na piknik, ale widać nawet turystyczne autokary z Węgier. Na polanie porozstawiano parasole i stoliki, a obok warczą agregaty, by piwo i lody miały odpowiednią temperaturę. Żar leje się z nieba, a oni tu zimnym piwem kuszą! Nie ma siły, Gregory niech sobie idzie zwiedzić wąwóz, a ja tu posiedzę i popilnuję rowerów. Taki podział ról bardzo mi odpowiada.

Znów wracamy do głównej drogi i wjeżdżamy do miasta Cluj-Napoca. Wjazd jest piękny, szeroka ulica, serpentyny i ponad 60 km/h na liczniku! Za to miasto jakieś takie rozdmuchane, bez wyraźnego centrum, bez ciekawych miejsc. Na głównym placu zainstalowała się scena i ktoś się wydziera strasznie fałszując. Widzów nie ma, bo to nie koncert, a promocja jakiegoś produktu. Nie ma gdzie usiąść, nie ma czego podziwiać. Cluj-Napoca nie jest brzydkie, jest nijakie. Takie miasto bez duszy, które opuszcza się bez żalu i oglądania się za siebie.