RELCJA Z PODRÓŻY:

MARAMURESZ

Minęło już kilka dni, odkąd zacząłem walczyć z moim bolącym kolanem. Obawiałem się, że Rumunia może być moją ostatnią wyprawą, zacząłem już nawet dumać, co będę robił dalej? Pływał kajakiem? Ale to chyba jeszcze nie koniec. Coś się zaczęło zmieniać. Już nie czuję ukłuć, podczas jazdy już nawet żadnego bólu nie czuję. Co pomogło? Wysoka kadencja, czy wysoko uniesione siodło? Teraz ból przeszedł mi na czas, gdy nogą w ogóle nie ruszam, a więc na noc. Gdy przebudzę się i spróbuję przekręcić na drugi bok, to nie mogę ruszyć nogą. Boli cała i jest jakby zdrętwiała. Rano ciężko mi wstać, ale jak już tego dokonam, to przez cały dzień poruszam się sprawnie. A więc wygrałem. Nie będę musiał jeszcze odstawiać roweru.

Czuję, że podróż dobiega już końca. Jeszcze jedziemy, jeszcze zwiedzamy, ale to już tylko powrót. Nawet nasza trasa już taka mało turystyczna. W rejon Maramuresz przyjeżdża się po to, by podziwiać pięknie zachowane, drewniane budownictwo, ze szczególnym uwzględnieniem cerkwi z wysokimi wieżami. A my co? A my to wszystko omijamy. Gdy robię zdjęcie bogato rzeźbionej, drewnianej bramie jakiegoś gospodarstwa, Gregory mówi: „to tutaj normalne, spotkamy ich całe mnóstwo”. Nie spotkaliśmy ani jednej więcej.

A więc co my właściwie widzimy? Głównie rolnicze doliny z małymi poletkami z różnorodną uprawą. Podoba mi się tutaj. Jest tak spokojnie i leniwie. Tak, jakby życie toczyło się tu według innego zegarka. Drogami powoli turlają się nieliczne samochody, w wioskach i miasteczkach prawie nikogo nie ma. Jedziemy przez wzgórza, po których roznosi się zapach świeżo skoszonych traw. To taka kraina, w której niby nic nie ma, a jednak mile się ją wspomina.

Ostatnie dni w Rumunii mamy niesamowicie upalne. Pot spływa z nas litrami. Asfalt również płynie. Lawirujemy między koleinami, by jak najmniej czarnej mazi przykleiło się do opon. W pewnym momencie wyprzedza nas wywrotka. Ma uniesioną skrzynię ładunkową, z której powoli zsypuje się kamienny grys. Tak się tutaj naprawia drogi. Przejeżdżające samochody swoim ciężarem wcisną kamyczki w asfalt i w ten sposób uchroni się drogę przed spłynięciem.

Na koniec spędzamy trochę czasu w Baia Mare, małym, sennym miasteczku z przyjemnym rynkiem. To nasze pożegnanie z Rumunią. Za miastem kończą się ostatnie wzgórza i zupełnie płaską i prostą drogą suniemy ku granicy.