Znów jesteśmy na Ukrainie. Jakoś tutaj smutno. Tak, to dobre słowo. Właśnie tak widzę to miejsce. Dookoła nas prawie same pola, tylko czasem pojawi się niewielki zagajnik. Droga jest szeroka i niemal zupełnie nieużywana. Dziwnie czuję się w mijanych wioskach. Ludzie zachowują się tak, jakby czegoś się obawiali. Patrzą na nas ukradkiem zza płotów, ale na ich twarzach nie ma żadnych emocji. Są jakby bez życia. Są smutni.
Na ostatni nocleg zatrzymujemy się w starym, opuszczonym sadzie. Od dawna nie pielęgnowane drzewa rozrosły się do niebotycznych rozmiarów i zdziczały. Owoców jest mnóstwo, ale wielkością i smakiem nie imponują. Jedynie trawa tu rośnie bujnie. Ktoś przyjechał furmanką i ją kosi. Niezwykła sceneria. Stare, powyginane drzewa, gęste zarośla oplatające pnie i ten facet z kosą. A do tego absolutna cisza. W takim miejscu powinno być mnóstwo ptaków, a tu nie ma żadnego.
Rowerami dojeżdżamy do Mukaczewa, małego miasteczka na Zakarpaciu. Nie zwiedzamy zabytków, nie jedziemy oglądać zamku, tylko od razu odnajdujemy dworzec kolejowy, przed którym stoją olbrzymie pomniki pracującego ludu. Chyba już na zawsze Ukraina kojarzyć mi się będzie z tymi monumentalnymi pomnikami. To pozostałość po Rosji, ich komunistycznej propagandzie i mani wielkości. Tam wszystko musi większe. Nawet drogi i tory kolejowe są szersze niż gdzie indziej.
Dalej jedziemy pociągiem. Jakoś udaje nam się zapakować z rowerami do wagonu sypialnego. Konduktorka miała jakieś obiekcje, ale w końcu pozwoliła postawić je na końcu wagonu, przy zamkniętych drzwiach. Całą drogę, aż do Lwowa nie śpimy, tylko tkwimy w korytarzu przy oknie. Pociąg przebija się przez Karpaty. Pokonujemy malownicze mosty i tunele. Jest na co popatrzeć.
Nie byłem jeszcze we Lwowie i miałem nadzieję, że tym razem trochę go zwiedzimy. Na początek przemieszczamy się jednak na podmiejski dworzec, by sprawdzić, o której mamy następny pociąg. Okazuje się, że odjeżdża za chwilę. I to by było na tyle, jeśli idzie o Lwów. Kolejne miejsce, w którym byłem, a tak, jakby mnie tu nie było.
Gregory już nie raz jechał tym pociągiem, ale jakoś nie może przypomnieć sobie, na której stacyjce mamy wysiąść. W rezultacie wysiadamy za wcześnie i musimy jeszcze niezły kawał jechać rowerami. Do Przemyśla dojeżdżamy przed północą. Najbliższy pociąg mamy dopiero rano, więc znajdujemy sobie nocleg w przydworcowym hoteliku.
I tak kończy się ta podróż. Podróż krótka, która na pewno nie zaspokoiła mojej chęci jazdy przed siebie, w nieznane. To była tylko taka trochę większa wycieczka. A jednak cieszę się, że na nią pojechałem. Rumunia jest naprawdę pięknym krajem i bardzo przyjemnie zwiedza się ją rowerem. Zupełnie nie rozumiem, jak poprzednim razem mogliśmy tylko przez nią przejechać? Jak mogliśmy ominąć tyle fajnych miejsc? A wystarczyło tylko trochę zmodyfikować naszą trasę. No cóż, tym razem udało się tamten błąd naprawić.