
Jesteśmy już w podróży od kilku dni. Pogodę mamy dziwną. Jak świeci słońce, to upał jest nie do wytrzymania, pewnie ze 40°C, ale jak tylko zajdzie za chmurę, natychmiast temperatura spada do 10°C. Raz za gorąco, raz za zimno. To polar na grzbiet, to trzeba go ściągać. I tak w kółko, wiele razy w ciągu dnia. Pada też na okrągło. Ale nie tak, ja u nas, nieprzerwanie. Tam chmury deszczowe wędrują po niebie i jadąc w słońcu możemy obserwować gdzie pada i czy przypadkiem nie jedziemy z którąś chmurą kursem zbieżnym. Nie przejmuję się deszczami. Przy takiej pogodzie równie szybko się moknie, jak schnie. Za to Roman bacznie obserwuje niebo i w odpowiednich momentach szuka dachu nad głową. Nie pozwoli nam zmoknąć. Podróż idzie bardzo ślamazarnie. Nie jestem tym zachwycony. Rozpiera mnie energia. Chcę ciągnąć do przodu, a nie stać co chwilę. Przecież jeśli chce się gdzieś dojechać, to trzeba jechać.
Tym razem dogonił nas jakiś większy front. Widać wyraźnie, że będzie padać. I to konkretnie. Mam to gdzieś. Chcę jechać dalej. Chcę wreszcie poczuć zmęczenie, chcę poczuć, że to wyprawa, a nie podmiejska wycieczka. Roman wręcz przeciwnie. Jest zmęczony, chciałby gdzieś odpocząć i wykąpać się. Znów zaczyna mówić o autobusie. Ale nie, tym razem dotrzymuje obietnicy i nawet nie próbuje mnie do niego przekonać. Po prostu postanawia sam podjechać kawałek i na mnie zaczekać.
W Egirdir nagle zostaję sam. Spuszczony ze smyczy wyrywam ostro do przodu. Nie zamierzam jechać główną drogą. Na mapie cienka kreska daje nadzieję na duży skrót przez góry. Jest stromo, ale pod kołami asfalt. To dobrze, obawiałem się, że mogę zabłądzić gdzieś na szutrowych ścieżkach. Zgodnie z przewidywaniami zaczyna padać. Przewala się jedna fala deszczu, potem druga. W okoliczne góry walą pioruny. Zaciągam mocniej kaptur i przebijam się przez ściany wody. Robi się coraz zimniej. Nagle zaczyna sypać grad. Tego się nie spodziewałem. Nie ma gdzie się schronić, a malutkie okruchy lodu sieką mnie po twarzy i rękach. Kulę się na rowerze i ciągnę dalej. Jadę na granicy swoich możliwości. Byle szybciej, byle dalej, byle dłużej. Bez odpoczynku. Bez marudzenia.
Wciąż sunę asfaltem. Jestem tym faktem na równi zdziwiony, jak zadowolony. Droga jest wąziutka, ale zupełnie nikt nią nie jeździ. Czasem tylko muszę przeciskać się między krowami wracającymi wieczorem do wiosek. Pokonuję kolejne przełęcze. Nie wiem, jak wysoko się znajduję, ale na zboczach okolicznych gór pojawił się już śnieg. Ciągnę aż do nocy. Gdy rozbijam namiot na pustym pastwisku, jest już ciemno. Po drugiej stronie doliny zza zasłony chmur raz po raz wyłania się ośnieżony szczyt Dipoyraz. Ten mój skrót przez góry okazał się niezwykle malowniczy i naprawdę szkoda, że trafiła mi się na nim tak fatalna pogoda.
Następnego dnia deszczowe chmury ustępują. Wtedy też kończę przedzieranie się przez góry i wzdłuż jeziora docieram do Beyşehir. Roman już na mnie czeka. Spał w hotelu za kilka lirów. Odpoczął trochę i odzyskał siły. Zupełnie tak, jak chciał. Ja za to wyprułem się strasznie. Zupełnie tak, jak chciałem. Odtąd nasze tempo jazdy się zrównało. Już nie uciekam do przodu. Nie mam na to sił.