Konya

Co takiego jest w dużych miastach, że wszystkie przewodniki dokładnie je opisują i polecają? A już w szczególności co takiego jest w miastach tureckich? Przecież one są po prostu brzydkie. Wszystkie. No, prawie wszystkie. Konya w każdym razie nie odbiega od schematu. Jest brudna, zaniedbana i odpychająca. Jak do każdego innego miasta, tak i tu wjeżdżamy szeroką, dwujezdniową i dwupasmową jezdnią o nienaturalnie wysokich krawężnikach. Wielkie bilbordy informują, że droga będzie wkrótce remontowana i z tej okazji pojawią się wzdłuż niej ścieżki rowerowe. Ścieżki rowerowe? Tu? W środku Turcji? Normalnie Europa! Ale raczej Europa wschodnia. Ścieżki będą częścią chodnika, a ich nawierzchnia będzie z czerwonej kostki. Przejmują więc najgorsze wzory. Do Europy zachodniej jeszcze im daleko.

Prawdę mówiąc, to ilość rowerzystów w tym mieście mnie zaskoczyła. Dotąd myślałem, że w Turcji rower jest prawie nieznany, spotykałem jedynie nieliczne egzemplarze tandetnych Bianchi, a czasem przetoczył się jakiś rower towarowy. Tutaj wyglądało to zupełnie inaczej. Po ulicach mknął rower za rowerem, a wszystkie przepychały się między trąbiącymi samochodami i było bez znaczenia, czy jadą z prądem, czy pod prąd. To był totalny chaos, w który i my się wkręciliśmy.

Dla Turków Konya jest tym, czym Częstochowa dla nas. Pochowany jest tutaj Mevlâna, założyciel zakonu derwiszów. Ciągną tu więc tłumy wiernych, którzy zwiedzają klasztor zamieniony na muzeum i modlą się przy grobie Mevlâny oraz przy tajemniczej szkatułce, w której mają niby znajdować się włosy z brody Mahometa. W sumie to całe muzeum nie jest zbyt ciekawe, o wiele większe wrażenie robi obserwacja pobożnych muzułmanów, którzy naprawdę w tym miejscu widzą coś niezwykłego.

Zaorane stepy Anatolii

Obruk

Skończyły się góry. Zjechaliśmy na tereny płaskie jak stół. Nuda. Dobrze, że chociaż wiatr wieje w plecy. Gdzie się nie obejrzę, tam płasko. I gdzie się nie obejrzę, tam pola uprawne. Dawniej cały ten obszar pokrywał trawiasty step, ale teraz niewiele z niego zostało. W zasadzie tylko w paśmie niewysokich wzgórz, które przecinają równinę można jeszcze podziwiać połacie traw przeplatane kwiatami i dzikim zbożem. Poza nimi to już tylko bezkresne pola. No i ta droga, która prowadzi prosto pod horyzont. Nie ma na niej żadnych zakrętów.

Jak sądzicie, można na takim pustkowiu spotkać coś ciekawego? Otóż można! Odbijamy zaledwie 4 km od głównej drogi i trafiamy do wsi Obruk, gdzie w zupełnie płaskiej ziemi widnieje pokaźnych rozmiarów krater. W dole połyskuje tafla jeziora o turkusowej barwie. Wygląda to na zapadlisko jakiejś podziemnej komory. Wrażenie jest niesamowite, porównać to można do samotnego drzewa na pustyni lub wysepki na środku oceanu. Po prostu taka dziura w ziemi w takim miejscu jest jak wybryk natury. Podobno w okolicy takich zapadlisk jest znacznie więcej. Większość jest suchych, tylko w kilku znajdują się jeziora. Odnalezienie pozostałych kraterów nie jest jednak prostą sprawą i na rowerach bez GPS nie mamy na to szans.

Nad kraterem w Obruk w połowie XIII wieku powstał zajazd dla przemierzających to pustkowie karawan. Dziś jest w ruinie, ale zachowały się jeszcze prawie wszystkie ściany i część łukowatych sklepień. Kilkadziesiąt kilometrów dalej, w Sultanhani zwiedzamy inny zajazd. Ten jest odrestaurowany, a jego pięknie rzeźbiony portal jakoś nie pasuje do surowej bryły budynku. Kilka dni później trafiamy na jeszcze jeden zabytek tego typu. Tamten jednak jest ciemny, ponury i służy miejscowym do spokojnego picia piwa. Widocznie w takie miejsca Allah nie zagląda.