Kapadocja dziurawa jak ser

No i jesteśmy w Kapadocji. Jesteśmy w krainie, którą w każdej relacji nazywają bajkową, czy baśniową. Każdy się nią zachwyca, więc i my nie mogliśmy jej ominąć. Spędzamy w niej trzy dni, błąkając się po dolinkach. To chyba jedyne takie miejsce na świecie. Wokół nas roi się od dziwacznych, stożkowych skał. Na niektórych z nich leżą daszki z bazaltu, a wszędzie wokół wykute są groty. Groty duże i małe, płytkie i głębokie, wykute nisko nad ziemią i wysoko nad nami. Spora część z nich, to dawne kościoły z rzeźbionymi portalami, a nawet ścianami pokrytymi freskami. Podobno jest ich tutaj z tysiąc, Nie mamy najmniejszych szans, by je wszystkie zobaczyć, ale przynajmniej próbujemy zobaczyć jak najwięcej.

Selime

Największy zachwyt wzbudzają w nas wykute kościoły we wsi Selime. Być może dlatego, że jest to nasz pierwszy kontakt z Kapadocją, a może wręcz przeciwnie? Może właśnie dlatego, że są najpiękniejsze? Prawdą jest, że już w żadnym innym miejscu nie trafiliśmy na taką plątaninę wykutych w pionowej skale pomieszczeń i korytarzy. Spotykaliśmy kościoły może i bardziej kolorowe, z malowanymi ścianami, ale były to pojedyncze groty, a nie taki labirynt, jak tutaj.

Selime to tylko początek doliny Ihlary, głębokiego kanionu, przez który przebija się rzeczka Melendiz. Asfaltowa droga omija go bokiem, wspinając się gdzieś na krawędź wąwozu. Samą doliną prowadzi tylko szlak pieszy. A może dać sobie spokój z tym asfaltem? Może pojechać właśnie przez wąwóz? Ścieżka wydaje się być całkiem wygodna. Co się będziemy zastanawiać? Strumień naszym przewodnikiem i w drogę.

Pierwsze kilometry idą gładko. Ścieżka prowadzi nad samą wodą wzdłuż zielonych, rozłożystych wierzb. Ponad nami wznoszą się pionowe ściany wąwozu. Raz po raz w górze widzimy następne wydrążone pomieszczenia. Są tak wysoko, że potrzebowalibyśmy sprzętu alpinistycznego, by się do nich dostać.

W pewnym momencie coś innego zaczyna zaprzątać naszą uwagę. Do licha z kościołami, gdzie się podziała nasza ścieżka? Jeszcze przed chwilą tak przyjemna, teraz rozpłynęła się między skałami sporego rumowiska. Głazy są olbrzymie, niektóre mają po kilka metrów w obwodzie. Jak my się mamy przez to przebić z tymi ciężkimi rowerami? Ani myślimy zawracać. Taszczymy rowery za sobą, wciągamy je na głazy, przeciskamy się między nimi. i jeszcze raz. I kolejna skała. Walczymy o każdy metr, o każdy kamień. My z Romanem zawsze musimy się w coś takiego wpakować. To nie pierwsza nasza wspólna podróż i nie pierwsza trasa, której nikt normalny rowerem z sakwami nawet by nie próbował pokonywać. Nie dajemy już rady. Rowery nie mieszczą się w szczelinach. Ściągamy sakwy i przenosimy je przez rumowisko. W następnej kolejności przenosimy rowery. Po drugiej stronie znów mamy romantyczną ścieżkę wzdłuż rzeczki. Do Belisirmy wjeżdżamy tak, jakby nic nas po drodze nie zatrzymało. Ot, taka tam mała przejażdżka doliną Ihlary.

Dziury. Wszędzie dziury. Jakby nam było mało tych dziur w skałach, to teraz jedziemy zobaczyć dziury w ziemi. Wioska Derinkuyu nie wyróżnia się niczym szczególnym, przynajmniej na powierzchni, ale po zejściu w dół pewnymi schodkami otwiera się przed nami wielkie, podziemne miasto. Labirynt korytarzy, pomieszczeń i szybów. Osiem kondygnacji w głąb, a na nich wszystko, co potrzebne do życia: pomieszczenia mieszkalne, magazyny, kuchnia, kościół, stajnia dla koni i masę innych pomieszczeń, których przeznaczenia nawet się nie domyślam. Podziemia zwiedzamy sami i naprawdę nam się tu podoba.

Godzinę później mamy powtórkę z rozrywki. W Kaymakli znajduje się niemal identyczne podziemne miasto. Znów schodzimy osiem pięter w dół, znów podziwiamy labirynt pomieszczeń. Które z tych miast jest ładniejsze? Nie mam pojęcia. Są tak podobne do siebie, a jednocześnie tak inne. Chyba w Kaymakli łatwiej można rozeznać się w przeznaczeniu pomieszczeń, łatwiej wyobrazić sobie życie w tym mieście, za to Derinkuyu oszczędniej i ciemniej oświetlone jest bardziej kameralne i nastrojowe. A zresztą mi podobały się oba.

Widzieliśmy już wszelkie możliwe warianty dziur Kapadocji. Czego nie widzieliśmy? Skalnych grzybów! Obieramy więc kierunek na Göreme, najbardziej znaną i najpiękniejszą miejscowość w tej krainie. To takie serce Kapadocji. Zostajemy w niej na dwie noce wynajmując sobie pokój w jednym z licznych pensjonatów. Płacimy 10 lirów za osobę za noc, więc cena wydaje się być bardzo niska, jak za nocleg w tak nastawionym na turystykę miejscu. Szkoda tylko, że ceny w restauracjach są tam dużo wyższe. Nie znalazłem ani jednego taniego baru z kebabami, jakich pełno w całej Turcji.

Następny dzień w całości poświęcamy na zwiedzanie. Bagaże zostają w pensjonacie, a my lekkimi rowerkami śmigamy po okolicy. W przewodniku piszą, że na zwiedzenie okolic Göreme potrzeba kilku dni. Mając pod sobą rowery starcza nam tylko jeden. Docieramy wszędzie, we wszystkie najciekawsze dolinki i do wszystkich ciekawych wiosek. Znów dziury, znów kościoły i tym razem na dokładkę niezwykłe formacje skalne. Teraz już wiem, czemu Kapadocję nazywają baśniową. Przecież takie skały tylko w bajkach mogą istnieć.

Bajek też można mieć dość. Czujemy już przesyt Kapadocją. Za dużo niezwykłości w zbyt krótkim czasie. To tak, jak podróż dookoła świata w tydzień. Można się pogubić co i gdzie się widziało. Wrócę tu kiedyś, a jakże, ale teraz równie chętnie stąd wyjadę. Na koniec mijamy jeszcze Ürgüp, podobno bardzo piękną, kamienną wioskę. Nie mamy już jednak ochoty na kolejne dziury. Oglądamy ją tylko z daleka i uciekamy stąd. Kapadocja zostaje za nami.