Znów mamy pustkowia. Jedziemy nową, równą drogą na wschód. Straszna nuda, a do tego walka z wiatrem, który wieje nam w twarz. Właściwie to jedyną atrakcją jest teraz widok na Erciyes Dagi, czyli jeden z wulkanów, który wyrzucając niegdyś z siebie tuf, stał się stwórcą Kapadocji. Nasza trasa przez cały dzień prowadzi wokół niego, pozwalając obejrzeć go z trzech stron.
Następnego dnia wszystko się zmienia. Wkraczamy w inny świat. Niepostrzeżenie wczorajsza, smętna trasa zmienia się w niezwykle widokową. Po drodze mamy aż trzy przełęcze, jedna za drugą, z której najwyższa ma prawie 2000 m.n.p.m. To na razie rekord trasy. Podjeżdżamy pod nią na pace samochodu, bo dwóch miejscowych tak bardzo chciało nam pomóc, że głupio było odmówić. Kawałek wcześniej spotkaliśmy w wiosce kobiety wypiekające placki mączne. Dały nam w prezencie dwa takie placki i trochę owczego sera. Zaczynam być zachwycony otwartością miejscowych.

Jedziemy dalej na wschód. Z nieba leje się straszny żar. To dopiero maj, a już upał jest prawie nie do zniesienia. Spalona skóra na rękach zaczyna mi złazić i wtedy słońce ponownie ją przypieka. To już nie jest opalenizna, a normalne oparzenie. Robią mi się strupy, które na zgięciach pod łokciami pękają i zaczynam krwawić. Roman jest bardziej przezorny i smaruje się olejkiem, a ja mam za swoje. Teraz muszę jechać w długim rękawie, który później zamieniam na bandaż. Wyglądam jak po wypadku.
Zresztą wypadek wkrótce też mi się trafia. Jedziemy drogą, która jest właśnie w przebudowie. Asfaltu jeszcze na niej nie ma, jest tylko kamienisty podkład ubity ciężkim sprzętem. Nie jest idealnie gładki, gąsienice maszyn pozostawiły na nim tarkę. Jest z górki, ale jadę dość wolno, bo rower podskakuje na nierównościach. Tych wstrząsów nie wytrzymuje mój przedni bagażnik i najzwyczajniej w świecie sobie pęka. Ale nie pęka tak normalnie, jak jakiś no-name, to jest bagażnik Gianta i pęka z fantazją godną Gianta. Pałąk usztywniający odrywa się od reszty, po czym owija wokół koła, przygniata oponę i uszkadza obręcz. Rower natychmiast staje w miejscu, a ja lecę nad kierownicą i ląduję na ziemi. Na dokładkę 40 kg złomu i bagaży spada mi na plecy. W sumie nic wielkiego sobie nie robię, ale ból w żebrach będę już czuł do końca wyprawy.
Ja po wywrotce i opatrzeniu otarć mogę jechać dalej, ale mój rower już nie bardzo. Przednie koło pogięło się i muszę podciągnąć szprychy, by nie biło na boki. Tak do końca nie udaje mi się go wyprostować i pozostaje jajkiem, ale da się już na nim jechać. Z bagażnikiem jest znacznie większy problem. Mogę od razu go wyrzucić, bo do niczego się już nie nadaje. Zostaję z dylematem co zrobić z przednimi sakwami? Muszę pomieścić się tylko w tylnych. Szybki remanent co nie jest mi niezbędne do życia i kilka rzeczy zostaje przy drodze. Torbę i plandekę, które służyły mi do transportu roweru samolotem daję w prezencie właścicielom pola, na którym śpimy najbliższą noc. Z jednej sakwy odkręcam mocowanie i robię z niej worek, który odtąd będę przypinał na górę tylnego bagażnika. Jest w niej namiot, a nie zabrałem z domu oryginalnego pokrowca. Kurczę, jakoś mi się to wszystko udaje. Okazuje się, że w dwie sakwy też można się spakować. Trochę niewygodnie prowadzi się nierówno objuczony rower, ale wyprawa trwa nadal.