Nemrut Dagi to góra w południowej Turcji. Nie imponuje ona ani wysokością, ani trudnym podejściem. Nie wyróżnia się też kolorem czy kształtem spośród innych tureckich gór. Pewnie mało kto by się nią dziś interesował, gdyby nie jeden drobny szczegół. Dwa tysiące lat temu Antioch I, władca maleńkiego królestwa Kommagena, które wtedy zajmowało te ziemie, zapragnął mieć nietypowy grobowiec. Na szczycie najwyższej góry w okolicy kazał zbudować dwa tarasy otwarte dokładnie na wschód i zachód słońca ozdabiając je ogromnymi posągami ulubionych bogów. Sam prawdopodobnie został pochowany między tymi tarasami, a jego grobowiec został przysypany wysokim na 50 metrów kopcem z kamieni. Dzięki fantazji dawnego króla miejsce stało się naprawdę niezwykłe i zaliczyć je można do największych atrakcji w Turcji. Na szczyt góry prowadzi stroma droga, którą codziennie dowozi się turystów. Ja też chciałem tam wjechać, ale nie samochodem. Skoro samochody dają radę, to rower chyba też, prawda?
Dotarliśmy w końcu do miasteczka Kâhta u stóp góry. Od razu wypatrzyli nas naganiacze. Pewnie chcemy wjechać na Nemrut, a oni mają dla nas bardzo atrakcyjną propozycję. Za marne 60 lirów zawiozą nas na sam szczyt zahaczając po drodze o kilka innych antycznych zabytków. Fajna propozycja, nie ma co. Nie chcemy? No to cena spada. Za chwilę jest już 50 lirów, a potem 40. Ale przecież nie cena powstrzymuje mnie przed decyzją. Ja chcę tam wjechać rowerem. Mój opór jest niezrozumiały dla naganiacza. Obniża cenę do 35 lirów i wygląda na to, że osiągnęła ona dno. Bardziej obniżyć już jej nie może. Nadal nie chcę jechać? To może bonusy mnie skuszą? W cenie zostaje zawarty darmowy nocleg na campingu, który po chwili zamienia się na darmowy nocleg w hotelu. Wciąż mówię "nie", ale Romanowi oferta wydaje się już bardzo atrakcyjna i nawet on zaczyna mnie przekonywać. Tego już za wiele. Przecież ja Cię Romku nie trzymam, chcesz jechać busem, to jedź. Ja bym w lustro nie mógł spojrzeć, gdybym teraz dał za wygraną. Przyjechałem tu zdobyć tę górę rowerem i tak się stanie.

Znów się rozstajemy, tak samo, jak tydzień temu. Roman zostaje zakwaterować się w hotelu, a ja cisnę ile mogę, by zdążyć na szczyt przed zachodem słońca. Szanse mam niewielkie, ale wyliczam sobie, że jeśli osiągnę na podjeździe średnią 10 km/h, to dam radę. Mój zapał jeszcze raz zostaje wystawiony na ciężką próbę. Gdy tak jadę pod górę w piekielnym skwarze, nagle zatrzymuje się koło mnie dolmuş. Kierowca pyta się czy jadę na Nemrut? Jadę. A może chcę pojechać dolmuşem? A rower? Rower i bagaże wrzuci się na dach samochodu i w drogę. A jaka cena tej przyjemności? 3 liry. 3 liry? No to już jest cios poniżej pasa. On chyba specjalnie się tu pojawił, by sprawdzić, czy rzeczywiście żadną ceną nie skuszą mnie na wjazd busem. Mówię „nie” Kierowca wskazuje ręką na słońce, potem na zegarek, po czym wzrusza ramionami i odjeżdża. Że niby co? Że nie zdążę przed nocą? Ja nie zdążę? Zdążę, tylko muszę pozbyć się tego ciężkiego bagażu.
Zatrzymuję się w wiosce Narince i zaglądam do jakiejś lokanty. Znów negocjacje i targowanie. Zaczynają od 15 lirów za zostawienie bagaży, ale w końcu ustalamy cenę na 3 liry. Nie mogą uwierzyć, że chcę na górę wjechać rowerem. Pojawiają się następne propozycje: za 10 lirów mogą mnie zawieźć tam i z powrotem motorem. Znów mówię „nie”. Staję się dla miejscowych niezłą atrakcją. Chyba wszyscy wokół już wiedzą kim jestem i czego chcę dokonać. I wszyscy mi mówią, że przed nocą nie zdążę.
W dalszą drogę jadę już tylko z jedną sakwą. Mam w niej śpiwór i dwa polary. To całkowite minimum, które pozwoli mi przetrwać noc na szczycie. Jest już pewne, że będę tam spał, bo teraz to i ja zacząłem wierzyć, że nie zdążę. Za długo siedziałem w Narince i już nawet zakładana średnia 10 km/h nie gwarantuje dotarcia do celu przed nocą. Ale mimo to jadę. Co innego mi zostało? Zachodu słońca z Nemrut Dagi nie zobaczę, ale podobno wschód jest jeszcze piękniejszy.
Wszyscy straszyli mnie bardzo stromym podjazdem, a tymczasem przez większość trasy nie odbiega on od normy. Naprawdę strome są tylko krótkie odcinki, po czym znów następuje wypłaszczenie. Jedzie mi się całkiem dobrze. Słońce powoli chowa się za górami i obserwuję coraz mniejsze skrawki oświetlonych szczytów. W tym momencie Roman jest gdzieś tam na górze i robi swoje piękne zdjęcie zachodzącego słońca. W końcu zapada noc. Jestem 4 kilometry przed szczytem. Głupie 4 kilometry. To przecież tyle, co nic, a jednocześnie tak dużo. Bo właśnie teraz zaczyna się najtrudniejszy odcinek. Pod kołami nie ma już asfaltu, tylko wredny, kamienisty bruk. W ogóle nie da się po tym jechać. A do tego nachylenie zaczyna przekraczać akceptowalne wartości. Przepuszczam zjeżdżającą w dół kolumnę busów i wpycham rower na szczyt. Pieszo. Po ciemku. Mam 2 godziny pchania. A to tylko głupie 4 kilometry.

A więc dopiąłem swego. Dotarłem rowerem na Nemrut Dagi. Noc spędzam na ławce na werandzie znajdującej się tu kafeterii. Obok grupa młodych Turków robi jakąś imprezę. Bardzo fajnie się bawią. Po biesiadzie za stołem i tańcach przy tureckim popie przychodzi kolej na wspólne śpiewy. Ponad całą grupę wybija się jedna dziewczyna, która swoim głębokim głosem wyśpiewuje piękne pieśni. Zupełnie jakbym słuchał koncertu Orkiestry św. Mikołaja.
Świtu nie sposób przegapić. Na górę znów wjeżdżają busy i różnojęzyczny tłumek ciągnie w stronę tarasów. Podziwiam tę niezwykłą scenerię. Podziwiam ruiny posągów, nad którymi świeci księżyc. Jest akurat w pełni. Podziwiam słońce, które rozświetla niebo czerwienią i wychyla się ponad horyzont. Kamienne głowy nabierają blasku. Wyglądają naprawdę pięknie. W tym czasie taras zachodni tonie w cieniu i tamtejsze rzeźby wydają się być bezbarwne. W ogóle mi się nie podobają. Za to Roman, który był tu wczoraj o zachodzie twierdzi coś zupełnie przeciwnego. To właśnie zachodni taras wyglądał pięknie. W ten sposób mamy komplet wrażeń. Każdy z nas widział cząstkę piękna Nemrut Dagi.
Pozostało mi już tylko zjechać w dół. Opuszczam to miejsce jako ostatni. Wszystkie busy z turystami już pojechały, wrócą dopiero wieczorem. Uważam, że to zupełnie inna jakość zwiedzania, gdy nie musisz się spieszyć, gdy możesz poczekać, aż zostaniesz sam. Nikt nie goni, nie popędza. Jesteś z boku i obserwujesz przepędzanych turystów jak atrakcję równą rzeźbom. Cieszę się, że wjechałem tu akurat rowerem.
Zjeżdżam inną drogą, niż tu podjechałem, tą samą, którą jadą busy z turystami. Droga jest niesamowita. Te serpentyny, te widoki i to nachylenie! O raju! Jakie szczęście, że tej drogi nie obrałem na podjazd. Na tej stromiźnie nawet na wschód słońca bym nie zdążył! Za to zjeżdża się tędy wspaniale. Trzeba tylko uważać, by nie przegrzać obręczy od hamowania.
Zatrzymuję się w Arsameia, przy ruinach czegoś tam, nawet nie wiem czego. To jedna z atrakcji płatnej wycieczki na Nemrut. Miejsce oceniam krótko: szkoda na nie czasu. Zbieram się, by jechać dalej, gdy nagle woła mnie jakiś miejscowy. Podchodzę, a on zaprasza mnie na śniadanie. Jemy, siedząc na grubych dywanach rozłożonych przed domem. Śniadanie jest proste, ot chleb, kawałki białego sera, kilka rodzajów warzyw i bardzo słodka herbata w dowolnej ilości. Zadziwia mnie otwartość Turków. To już kolejny jej dowód. Co kawałek zapraszają nas na herbatę, a czasem oferują coś więcej, tak, jak teraz, nie oczekując niczego w zamian.
Koło południa wracam do Narince. Witają mnie tu jak bohatera lub dawno nie widzianego, dobrego znajomego. Pewnie przez dłuższy czas będą pamiętać o Polaku, który wjechał rowerem na Nemrut. Jem jakiegoś kebaba w lokancie, zabieram bagaże i pędzę za Romanem, który już wyruszył w dalszą drogę i jest kilkanaście kilometrów przede mną. Doganiam go przy zalewie Atatürka, przed przeprawą promową. Dalej znów jedziemy razem.