Po drugiej stronie zalewu krajobraz zmienia się drastycznie. Najpierw mamy długi i mozolny podjazd, by nagle znaleźć się na rozległym płaskowyżu. Aż po horyzont nie ma zupełnie nic. O, przepraszam, jest. Jest tu jedno wielkie rumowisko skalne. Jak okiem sięgnąć widać tylko czarne głazy wystające z trawy. W takim terenie, to co najwyżej owce można wypasać, o ile gdzieś na tym pustkowiu znajdzie się jakaś woda. Mieliśmy w planach jeszcze tego dnia podjechać do Siverek, a tymczasem ten suchy, niegościnny płaskowyż zdaje się nie mieć końca. Żar leje się z nieba, wiatr dmucha w twarz, a ja mam wrażenie, że w ogóle nie posuwamy się do przodu. Przyjdzie nam tu gdzieś zanocować, tylko... no właśnie. Nie jesteśmy gotowi na nocleg. Nie mamy ani wody ani jedzenia. No i gdzie niby mamy spać? Gdzie namiot postawić? Wśród tych głazów kawałka płaskiej ziemi nie ma.
Siadamy na chwilę na jednym z głazów, by pokrzepić się chałwą, gdy nagle obok nas zatrzymuje się dolmuş. Zadziwia mnie ta turecka komunikacja. Wszędzie pełno autobusów i busików. Gdziekolwiek by się chciało dojechać, tam się dojedzie. Ba, teraz okazuje się, że wystarczy pomyśleć o dolmuszu, by ten stanął obok Ciebie. Wcale go nie łapaliśmy, zatrzymał się sam z siebie. Jest pusty. Nie zastanawiam się ani chwili. Po krótkim targowaniu ustalamy cenę na 12 lirów i już pół godziny później jesteśmy w Siverek. Od razu znajdują się następni chętni, którzy za kolejnych parę lirów do samego Diyarbakir by nas zawieźli. Gdybyśmy tak tylko chcieli... Ale nie chcemy.

Droga do Diyarbakir zajmuje nam połowę następnego dnia. Staramy się ominąć główną szosę jadąc jakąś równoległą. Trafiamy na niej na osobliwe wioski z budynkami wyglądającymi, jakby były tylko frontem ziemianki. Proste ściany z czarnego kamienia wystają wprost ze zbocza. Na płaskich dachach przysypanych ziemią tkwią obowiązkowe baterie słoneczne i anteny satelitarne, a przed wejściami wznoszą się stosy suszących się krowich placków. To zapewne materiał na opał. Niesamowite połączenie tradycji z nowoczesnością.
Okolica nadal wygląda jak rumowisko skalne wystające z trawy. No, może głazy są nieco mniejsze niż wczoraj, więc tu i ówdzie udało się nawet jakieś pole uprawne założyć. Poza tym wypasa się tu owce i kozy. Dalej trafiamy na jeszcze jeden sposób wykorzystania płaskowyżu: rozległe, pszczele pasieki. Jest ich pełno, rzędy uli stoją co kawałek, a pszczoły latają w takich ilościach, że ciągle na nie wpadamy. Odbijają się od nas jak piłeczki pingpongowe.
Zaraz, zaraz, te pszczoły zaczynają być jakieś wściekłe. Uderzenia przestają być przypadkowe. Teraz to już nie my w nie wpadamy, lecz one w nas! Gorzej, przestają się odbijać. One po prostu nas atakują! Odganiam się czapką, ale to nie działa. Co chwilę któraś uderza we mnie i usiłuje żądlić. Strzepuję je z siebie i zaczynam coraz bardziej panikować. Uciec, uciec stąd jak najprędzej. Cisnę na pedały i rozpędzam się. Pszczoły uderzają we mnie, jakby mnie grochem obrzucali. Szybciej! Szybciej! Jak szybko może lecieć pszczoła? I gdzie jest Roman? Został gdzieś z tyłu. Odwracam głowę i zamiast Romana widzę kilkadziesiąt, a może i więcej pszczół lecących tuż za moim uchem... Teraz to dopiero dostaję sił. Rozkręcam się do ponad 50 km/h i gnam przed siebie. Zatrzymuję się dopiero wtedy, gdy uderzenia pszczół ustępują. Rój zniknął. To pewnie dlatego, że obok płonie wysypisko śmieci i wokół unosi się ciężki, gryzący dym. Po chwili nadjeżdża Roman. Niestety, nie miał tyle szczęścia co ja i jedna pszczoła dziabnęła go w szyję. Aż strach pomyśleć, co by było, gdybyśmy szli tam pieszo. Tylko dzięki rowerom udało nam się wyjść z tego cało.
Jeszcze chwila i jesteśmy w Diyarbakir. To podobno taki przedsionek wschodu. Znajdujemy sobie tani hotelik i idziemy powłóczyć się po uliczkach. Tłok, hałas, brud, czyli standard. Wspominałem już, że wszystkie tureckie miasta są brzydkie? No, prawie wszystkie, ale Diyarbakir należy do tych brzydkich, niestety. Zresztą nie spodziewałem się innego. Tych kilka zabytków i tak niczego nie zmienia. Meczety zbudowane z czarno-białych pasów są tak samo nijakie, jak wszystkie inne. Ich nietypowy kolor ścian to wszystko czym się wyróżniają. Bazaltowe mury obronne są już ciekawsze. Można nawet wspiąć się na ich koronę, by podziwiać stamtąd... Nie, stamtąd nie ma czego podziwiać. Diyarbakir nawet z góry wygląda nieciekawie.