Miasto z widokiem na Mezopotamię

Mardin

Skręcamy na południe. Znów jadę dużo szybciej od Romana. Próbuję utrzymać jego tempo, ale mam wrażenie, że do tego rower nie jest w ogóle potrzebny. Gdy go wyprzedzę, wystarczy kilkanaście minut, bym w ogóle stracił go z zasięgu wzroku. Nawet na najdłuższych prostych go nie widać. Jadę więc swoim tempem. Zwykle tak właśnie robię, a potem czekam gdzieś na niego. Jednak tym razem jest inaczej.

Jadę sobie spokojnie, gdy nagle wyprzedza mnie motor z przyczepionym towarowym koszem. W koszu leży rower Romana, a on sam dumnie siedzi za motocyklistą. Ale sobie stopa znalazł. Roman zsiada, dołącza do mnie, ale już po chwili ponownie zostaje z tyłu. No więc znowu jadę sam, gdy nagle wyprzedza mnie wielka czerwona ciężarówka i zatrzymuje się przede mną. Z szoferki wysiada Roman. Ręce mi opadły. To ja tu się męczę w słońcu, a on stopem sobie jeździ. Żeby jeszcze sam łapał samochody, ale gdzie tam, to kierowcy się zatrzymują, żeby go podwieźć. Tym razem na pace ciężarówki jest więcej miejsca, więc dorzucam tam także swój rower i w ten sposób docieramy do Mardin.

W ogóle z tym podwożeniem samochodami jest tu niezła zabawa. Tu, czyli na wschodzie Turcji, w Kurdystanie. Ludzie tu jacyś inni, bardziej otwarci i skorzy do pomocy. Przejawem tego są właśnie kierowcy, którzy widząc nas, zatrzymują się i proponują podwiezienie. Aż głupio odmówić. No więc podróż rowerem zaczęła zmieniać się w mieszankę roweru i stopa.

Tureckie miasta są brzydkie. Mówiłem już o tym. Zmysł estetyczny chyba w ogóle Turkom zanikł. Domy budowane są według jednego schematu: żelbetowe filary wypełnione cegłą, często nie otynkowane, często porzucone w trakcie budowy i ziające pustką. Parter jest zwykle dużo wyższy od następnych pięter i służyć może za cokolwiek. Są w nim sklepy, bary, magazyny, warsztaty, a wszystko otwarte jest na ulicę i aż wylewa się na nią. Na ulicy lakierują, spawają, handlują. Wszędzie pełno kurzu, złomu i śmieci. O architektonicznych detalach nie ma co wspominać, bo ich po prostu nie ma. Budynki to obskurne pudelka, nic więcej. Ulice to zlepek takich budynków, a miasta to zlepek takich ulic. Wszystko budowane bez żadnego pomysłu, byle szybciej, byle więcej, byle w ogóle było. O estetyce nikt nie myśli. Zabytków właściwie nie ma, a jeśli są, to znikają w ogólnej szarzyźnie. W tureckich miastach najlepiej zrobić zakupy i szybko z nich wyjechać.

Mardin, kolejne miasto na naszej trasie jest zupełnie inne. Wznosi się na zboczu góry, nad równiną Syryjską. Historia miasta liczy sobie tysiące lat i to po nim widać. Pięknie wyglądają stare, kamienne domy z ciekawymi fasadami, narastające piętrami w górę zbocza. Na samym szczycie góry znajdują się ruiny zamku. Co prawda są w rękach wojska, ale i tak wejść można wysoko, ponad ostatnie domy i spojrzeć stamtąd na wielkie równiny starożytnej Mezopotamii. Niezapomniany widok. Coś czuję, że zbyt szybko opuściliśmy Mardin. Nie widzieliśmy jeszcze wielu innych, ciekawych miejsc, jak choćby bazaru. Trzeba nam było zostać tam na nocleg, a nie gnać dalej.