Wracamy na asfalt i rozpoczynamy długi, trwający dwa dni podjazd na najwyższą przełęcz na naszej trasie, Güzeldere (2730 m.n.p.m.). Nie lubię takich podjazdów, wolę bardziej strome, które szybko wynoszą na odpowiednią wysokość. Tutaj musimy przez dwa dni męczyć się, w ogóle nie czując, że zyskujemy na wysokości. Na dokładkę nasza droga zostaje nagle zapchana ciężarówkami. Jeździ ich tędy zatrzęsienie, a, że droga wąska, więc przeciskają się między sobą i koło nas na milimetry. Jest ich tak dużo, że na punktach kontrolnych tworzą korki. Jazda przestaje być przyjemna i przestaje być bezpieczna. Podjazd na Güzeldere staje się męczarnią, a jej osiągnięcie to nie radość, a zwykła ulga. Od tego miejsca zaczyna się długi zjazd i można osiągnąć prędkość niewiele mniejszą od ciężarówek.

Zatrzymujemy się przy zamku Hoşap. Na zdjęciu w przewodniku robi niesamowite wrażenie. Samotna skała wśród pustkowi, z której wyrastają piękne, poszarpane ruiny. Rzeczywistość okazuje się inna. Zamiast pustkowii mamy ruchliwą drogę i targowisko. Trzeba się mocno postarać, by teraz zrobić równie klimatyczne zdjęcie wycinając cały ten bajzel. Jedynie po wschodniej stronie zamku pozostała stara wioska z domami jakby ulepionymi z gliny i otoczona resztkami fantazyjnego muru biegnącego po skałach. Zamek jest zamknięty i nie udaje nam się dowiedzieć czemu. Pozostaje nam tylko zobaczyć go z zewnątrz i pojechać dalej.
Wciąż mamy z góry, a do tego pcha nas wiatr. Mimo tłoku ciężarówek jedzie się nawet dobrze. Szybko osiągamy następny punkt podróży, czyli jezioro Van. Wszyscy docierający nad Van odwiedzają znajdujący się na wysepce ormiański kościółek. Jak wszyscy, to wszyscy, my też tam pojechaliśmy. Jest jeszcze przed sezonem, więc mamy obawy czy załapiemy się na jakiś transport. Przy kei stoi kilka stateczków, a jeden wygląda, jakby chciał odpłynąć. Przewoźnik rzuca cenę wyższą niż w cenniku mówiąc, że dzięki temu nie będzie dłużej czekał, tylko odpłynie od razu. Płacimy ile chce i jak się okazuje, dajemy się nabić w butelkę. Chętnych ma tylu, że i tak by popłynął. Zresztą inne stateczki kursują tam i z powrotem co chwilę.
Na samej wyspie kolejne zaskoczenie, żądają od nas jeszcze jednej zapłaty za wstęp. A potem tych zaskoczeń jeszcze więcej. Dobra, powiedzmy, że można zapłacić, ale za co? Kościółek jest w remoncie od roku. Wejść do niego nie można. Nawet podejść bliżej nie można, bo otoczony jest siatką. Ba, nawet zdjęcia nie ma jak zrobić, bo w strategicznych miejscach ustawiono tablice informacyjne. Szlag by to trafił. Za co więc ta kasa? Może chociaż z daleka będzie dobrze wyglądał? Akurat! Różowe dachy jakichś budek dominują w krajobrazie. Za daleko odejść też nie można, bo trafia się na kolejną siatkę. Totalna pomyłka. Po co my tu w ogóle przypłynęliśmy? Turcy naprawdę nie potrafią pokazać swoich zabytków.
O wiele ciekawsze od tego kościółka jest samo jezioro Van, o pięknym, turkusowym kolorze wody. Po drugiej stronie widać gigantyczną, samotnie stojącą górę z ośnieżonym wierzchołkiem. To wygasły wulkan Süphan Dagi (4058 mnpm). Musi nam zastąpić widok na Ararat, do którego dojechać się nie udało. Jest to już bowiem koniec tej wyprawy. Po powrocie na stały ląd kierujemy się do miasta Van, ostatniego miejsca, do którego docieramy podczas tej wyprawy. W Van spędzamy dwa dni. Nawet za bardzo go nie zwiedzamy. Chyba nic ciekawego w nim zresztą nie ma. Czas spędzamy na leniuchowaniu w hotelu i spacerach po mieście. Jednym słowem wypoczywamy. W końcu nadchodzi czas, by udać się na lotnisko, spakować rowery i odlecieć na zachód.