Kilka słów na zakończenie

I to już koniec podróży. Wracamy. Roman uparł się, by z Van do Izmiru polecieć samolotem. Za wygodny jest i perspektywa spędzenia doby w autobusie go przerażała. Samolot wyszedł sporo drożej od autokaru, a i tak nam się udało, bo nie doliczyli nam dopłaty za nadbagaż. Mieliśmy tego naprawdę sporo. Razem z rowerem wyszło 33 kg, a limit wynosi tylko 20 kg.

Bardzo ciekawie wyglądał załadunek naszych bagaży do samolotu na lotnisku w Van. Po nadaniu ich i zważeniu załadowano je na wózki i wywieziono na płytę lotniska. Tam wszystko wyrzucono na ziemię. Jak szliśmy do samolotu, to kazano nam sprawdzić, czy wszystko co nadaliśmy znajduje się na płycie. Nikt z pasażerów nie zgłosił zastrzeżeń, więc załadowano je do samolotu. Jakże prosty i skuteczny sposób, by niczego nie zgubić.

W ogóle transport w Turcji zorganizowany jest wzorowo. Samolotami leciałem po raz pierwszy, podczas poprzedniej wizyty poznałem za to autobusy. Jeżdżą praktycznie z każdego dużego miasta do każdego innego. Są bardzo tanie. Przykładowo za przejazd z Izmiru do Diyarbakir trzeba zapłacić 60 YTL (ok. 130 zl). Nie ma żadnego problemu, by zabrać z sobą rower. Na krótszych dystansach jeżdżą za to małe busiki zwane dolmuşami. Są to prawie wyłącznie białe Fordy Transity. Nie wiem czemu akurat ten model sobie upodobali. W nich także nie ma problemu z przewiezieniem roweru. Większość ma bagażniki dachowe, a kierowcy nie uznają żadnych limitów co do ilości bagażu ładowanego na dach. Czasem bywa i tak, że samochód ma na dachu tyle pakunków, że jest wyższy niż dłuższy.

Na bocznych drogach panuje znikomy ruch. Pewnie ma to związek z horrendalnie wysoką ceną paliwa. Samochodów osobowych jeździ niewiele, może po prostu podroż nim się nie opłaca? Cały transport pasażerski skupia się w autobusach i dolmuşach. Do tego dochodzą jeszcze ciężarówki, te jednak trzymają się głównych dróg. Wybierając boczne, kręte drogi można poczuć się, jakby budowane były wyłącznie z myślą o rowerzystach.

Naszą trasę można uznać za bardzo dobrą dla rowerzystów. Nawet nam się ten przejazd przez Turcję udał. Po drodze zwiedziliśmy to, co najciekawsze i nie daliśmy się przy tym zagonić w jakieś ruchliwe drogi czy głośne kurorty. Oczywiście nie widzieliśmy wszystkiego. Nie byliśmy np w Şanliurfie czy Sumeli. Nie widzieliśmy pałacu Ishak Paşa pod Araratem i nie widzieliśmy też samego Arartu.

No właśnie, co z Araratem? Przecież wybrałem się po to, by go w końcu zobaczyć, a tu znów kończymy wcześniej. Zabrakło nam raptem dwóch dni. Można było trochę podciągnąć i do niego dotrzeć, ale nie udało się. Może to i dobrze? Wciąż mam powód, by wrócić do Turcji. Może kiedyś zrobię wycieczkę dookoła Araratu? Podobno od strony Armenii również wygląda pięknie. Tak się zastanawiam jak długo można kontynuować rozpoczętą ileś tam lat wcześniej wyprawę? Nie udało się dojechać pod Ararat za pierwszym razem, nie udało się za drugim. Uda się za trzecim?

Süphan Dagi